Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 listopada 2016

#32 Trisha Paytas - Showtime (2016)


Trisha Paytas jest mi znana od dawna. Ale to nie od muzycznej strony ta znajomość sie rozpoczęła, lecz od jej vlogowego życia youtubowego. Przez kilka lat Trisha zyskiwała nowych fanów stosując różne triki zaczynając od trollingu, a kończąc na 'hejtowaniu' różnych osób. Ale to był jej sposób na wybicie się. Po latach przeprasza za wszystko co zrobiła, ale to jej wyszło na dobre. Stała się sławna. Mając wystarczającą sumę pieniędzy zaczęła tworzyć muzykę z lepszym lub gorszym rezultatem. Jednak wszystko się zmieniło podczas wydania jej ostatniej EP-ki zatytułowanej Showtime, który mając najgorszą okładkę z całej jej dyskografii jednocześnie zawiera najlepsze kompozycje w karierze artystki. Ale czy tak dobre by sprostać moim oczekiwaniom? 

czwartek, 18 lutego 2016

#31 Rihanna - ANTI (2016)

I got to do my own things, darling... to zdanie idealnie podsumowuje najnowszy album Rihanny na który dane nam było czekać tak długo. W między czasie artystka wydała kolekcje skarpetek, nowe perfumy, 3 single, podzieliła się swoim głosem w filmie animowanym Home do którego również nagrała piosenki. Nikt nie wiedział kiedy ANTI tak naprawdę ujrzy światło dzienne, jego premiera przewidywana była tak naprawdę co piątek. Ostatecznie płyta wyszła nie w piątek, lecz w czwartek 28 stycznia 2016 roku ekskluzywnie na TIDALu gdzie można było ją pobrać ZA DARMO! Taki mały prezent dla fanów. Ale czy długi czas oczekiwania na płytę wpłynął na jej jakość i odbiór?

poniedziałek, 28 września 2015

#30 Lana Del Rey - Honeymoon (2015)



We both know it's not fashionable to love me
But you don't go 'cause truly there's nobody for you but me

Gdy dotarła do mnie informacja o nadchodzącym albumie Lany Del Rey, czy jak ja ją lubię nazywać Lany Banany (AHS :D), nie wiedziałem czego się spodziewać. Po ciężkim, trudnym, mrocznym ale jednocześnie świetnym Ultraviolence nie byłem pewien w jakim kierunku Lana i jej team zdecydują się pójść. Ultraviolence nie był udanym tworem komercyjnym i nie osiągnął wiele na rynku muzycznym. Z początku krążyły plotki jakoby Lana miała nagrać album jazzowy (co po części się sprawdziło), jednakże wiedziałem, że prawdopodobnie to nie jest w stu procentach prawdą. Wyszedł pierwszy singiel promocyjny zatutuowany Honeymoon i nadeszło rozczarowanie. Później pojawiło się High By The Beach i moje wielkie uwielbienie do tej piosenki zrodziło się w mgnieniu oka. Mój sceptycyzm się włączył, bowiem jak dwa tak bardzo różne klimaty przedstawione w singlach mogą znaleźć się na jednej płycie tworząc jedną całość? 
Płyta rozpoczyna się nostalgicznym utworem Honeymoon, który z początku nie przypadł mi do gustu. Z czasem mnie oczarował, a słuchając go wraz z całym albumem uważam iż jest idealnym wstępem do naszej przygody z Laną podczas tego albumu. Music To Watch Boys To jest następnym utworem na liście, lecz jednym z tych bardziej przystępnych dla przeciętnego słuchacza. Nie jest to jeszcze utwór tak maintreamowy jakie mogliśmy znaleźć na debiutanckim albumie Lany, lecz ma w sobie coś magicznego, przyciągającego. Terrence Loves You  czaruje słuchacza wokalem przed którym nie sposób przejść obojętnie;  wprowadza nas w nostalgiczny nastrój utworu. Z następnym utworem pozostajemy w podobnych klimatach, lecz bardziej przystępnych dla słuchaczy. God Knows I Tried nawiązujący muzycznie do klimatów jazzowych idealnie współgra z warunkami wokalnymi Lany. W High By The Beach Lana Del Rey próbuje powrócić do ery Born To Die gdzie Hip Hop mieszał się z nostalgią jej głosu. Wyszło inaczej, ale nie znaczy, że gorzej. Utwór jest hipnotyczny, magiczny i wpadający w ucho. Gdy po raz pierwszy usłyszałem Freak  czy Art Deco oniemiałem - taką Lanę, nostalgicznie mroczną, uwielbiam. Wpadające w ucho teksty, hip-hopowo inspirowane bity czy idealne zagrania wokalne tworzą wspaniałą atmosferę w której czuć ich magię. Intro tajemniczo nazwane Burnt Norton (Interlude) powoli wyprowadza nas z hiphopowych brzmień, przyciągając przemową Lany Del Rey. Religion powoli rozwija się od zwrotek do refrenu podczas których Lana idealnie gra swoim głosem tworząc przepiękne muzyczne brzmienia. Salvatore na włosko czaruje nas swoim klimatem. Gdy usłyszałem ten utwór krótko przed premierą albumu w BBC Radio 1 umarłem. Takiego klimatu od Lany Del Rey się nie spodziewałem. W The Blackest Day Lana również bawi się swoim głosem, a sam utwór ma bardzo chwytliwy refren, którego ciężko pozbyć się z głowy. 24 jest kompozycją siostrzaną wraz z Terrence Loves You, z domieszką wpływów włoskiej przebojowości filmowej z Salvatore. Swan Song choć ma pozostający w uchu refren jest jedną z tych mniej wyróżniających się utworów. Patetyczny Don't Let Me Be Misunderstood jest coverem utworu Niny Simone. Słychać, że Lana bardzo wygodnie czuje się w takich klimatach i wychodzi jej to naprawdę smacznie.
Choć naprawdę bałem się tego jak ostatecznie będzie brzmiał album w całości, koniec końców wyszło Lanie Del Rey to naprawdę gustownie, magicznie i przyciągająco. Jest to połączenie jej debiutu Born To Die z Ultraviolence, lecz zrobione z dodatkiem nowego składnika nostalgii w bardzo prostym i przystępnym wydaniu. Nie jest to, aż tak bardzo ciężkie jak Ultraviolence, lecz nie jest również, aż tak bardzo przebojowe jak debiut. Przyznam się, musiałem dać temu albumowi trochę czasu, przesłuchać go kilkanaście razy bym w końcu mógł go szczerze ocenić. Dlatego nie zrażajcie się do niego, dajcie mu trochę czasu - niech Was wciągnie w swoją magiczną aurę i porwie za serca.

Moja ocena:
8/10

piątek, 6 lutego 2015

Książkowo #5 Laini Taylor 'Córka Dymu i Kości'

Tłumaczenie: Julia Wolin
Tytuł Oryginału: Daughter of Smoke and Bone
Wydawnictwo: Amber
Data Wydania: 12 stycznia 2012
Liczba Stron: 400

Na okładce tej tajemniczo nazwanej książki możemy przeczytać, iż Laini Taylor wyczarowała świat, który zajmie miejsce Harry'ego Pottera w wyobraźni czytelników; i coś w tym jest. Autorka 'Córki Dymu i Kości' postawiła na innowacyjne stworzenie świata, który pochłonie całą naszą wyobraźnię. Przez ostatnie lata popkultura nasyciła się książkami o tematyce wampirycznej, które w większości opierały się na tym samym - na szaleńczej i odwzajemnionej miłości człowieka z wampirem. Nie ukrywam, tutaj mamy to samo. Mamy serafina, który zakochuję się w odrodzonej w ciele człowieka chimerze z wzajemnością. Ale nie jest to takie słodkie jak moglibyśmy się tego spodziewać. Ale wróćmy do początku.

sobota, 15 marca 2014

#18 Paloma Faith - A Perfect Contradiction


Moja przygoda z twórczością Palomy Faith rozpoczęła się w nieco niestandardowy sposób. Mianowicie, pewnego razu przeglądając kosz z przecenionymi płytami w jednym z gnieźnieńskich Media Expert przykuła moją uwagę okładka debiutanckiej płyty Palomy. Nie kupiłem jej wtedy z dwóch powodów: była w kartonowym wydaniu, a po drugie nie znałem jej. Ale postanowiłem 'obczaić' jej twórczość na YouTube. Po przesłuchaniu pierwszej z piosenek zaintrygowała mnie, więc sięgnąłem po całą płytę. Pokochałem jej styl, sposób śpiewania i jej wypełniony emocjami głos. Następnie dowiedziałem się, że Faith szykuje się do wydania drugiej płyty. Fall to Grace pokochałem od pierwszego usłyszenia i nie mogłem się z nią rozstać przez długi okres czasu. Uwielbiam do niej powracać. We wakacje 2013 roku pragnąłem już nowego materiału od Palomy. Czas płynał nieubłaganie, jednakże zapowiedzi nigdzie nie było. Aż przyszedł nowy rok i Paloma nagle wypuściła zapowiedź nowego teledysku i po króciutkim okresie czasu mogliśmy obejrzeć teledysk do utworu wyprodukowanego przez Pharella Williamsa 'Can't Rely On You'. Data wydania płyty również została przekazana. I nadszedł ten czas kiedy możemy delektować się dźwiękami płynącymi z najnowszej płyty Palomy, która przeszła pewną metamorfozę w stosunku do poprzedniej płyty. Jaką? To odczytacie z poniższej recenzji.

niedziela, 13 października 2013

#9 Ewelina Lisowska - Aero-Plan

Do dziś pamiętam, jaki byłem zdenerwowany na jury polskiej edycji Mam Talent, kiedy nie przepuścili Eweliny Lisowskiej do następnego etapu. Na castingu zaśpiewała E.T, która w oryginale należy do Katy Perry. Byłem zdziwiony, że w tak małej osóbce drzemie tak potężny głos. Maniera w głosie Eweliny nie jest tak często spotykana w Polsce. Niestety, jury dokonało żenującej decyzji o nie przepuszczeniu jej dalej. Z perspektywy czasu widzę, że ta decyzja była najlepszą decyzją, jaka mogła zostać podjęta przez nich. Ewelina nie poddała się. Zdecydowała się wziąć udział raz jeszcze w podobnym programie rozrywkowym, w X-Factorze. To był strzał w dziesiątkę! Ostatecznie uplasowała się w tym programie na 4 miejscu, co pomogło jej w podpisaniu kontraktu wydawniczego z wytwórnią Universal Music Poland. Nie możemy zapomnieć również o jej zespole Nurth, który gatunkowo różni się bardzo od tego, co Lisowska serwuje nam ze swojej solowej twórczości. Nurth jest zespołem grającym post hardcore. Pierwszą EPkę Revolution wydali w 2009 roku, po czym w 2011 roku wydali drugą EPkę Stay Away, którą promował singiel The Last Second of Life. W 2012 roku Ewelina nagrała międzynarodowy singiel Communications Are Down z metalcore’owym zespołem z Nowego Jorku Forever In Promise. Można powiedzieć, że był to swego rodzaju powrót do korzeni. 

Powróćmy jednak do solowej twórczości Eweliny, która jest głównym tematem tej recenzji. 7 Sierpnia 2012 roku Ewelina zaprezentowała nam swoją EPkę wprowadzającą nas w jej świat. Według mnie w świat POPu i lekkiego POP-ROCKu. Wydawać się może, że 7 jest na pewno szczęśliwą liczbą dla Eweliny, bowiem 7 maja 2013 roku, dokładnie po 9 miesiącach, został wydany jej pierwszy longplay zatytułowany Aero-Plan.

Nad produkcją albumu pracował Kuba Mańkowski, Filip Pachólczyk oraz Johannes Rurmann. Co należy wspomnieć recenzując ten album to to, że Ewelina jest główną autorką tekstów do 4 z 11 piosenek znajdujących się na płycie. Można powiedzieć, że to jest mało, ale żyjąc w świecie gdzie każdy może dostać piosenkę już gotową do nagrania fakt, że ona postanowiła dołożyć cząstkę siebie do album jest dowodem na to, że Ewelina nie bez powodu postanowiła zostać piosenkarką. Chce zostawić po sobie coś, co każdy będzie mógł w przyszłości nazwać dziełem Eweliny Lisowskiej.

Jak można określi ten album? Na pograniczu czego Ewelina postanowiła go nagrać? Wiele osób zarzucało jej po wydaniu solowej EPki, że ta postanowiła zmarnować swój potencjał i wkroczyć w miałki pop, który zawsze i wszędzie puszczą w radiu. Zarzucali jej, że się sprzedała. Jednak nadszedł czas na album, na którym zaprezentowała się z tej nieco mocniejszej strony. Wyraźnie słyszymy gitary elektryczne i perkusję. Gram Nadziei zaczynający album wprowadza nas w ten mocniejszy styl. Ale czy cała płyta jest taka? Odpowiedź jest prosta: nie. Ewelina wie, że co za dużo to nie zdrowo. Płyta jest zbalansowana. Przypomina mi poniekąd twórczość Paramore. Takie było moje pierwsze skojarzenie, gdy przesłuchałem po raz pierwszy tę płytę. Według mnie, płyta jest z pogranicza dwóch gatunków bardzo często wykorzystywanych razem. POP i ROCK. Od tak.

Teksty są wypełnione symboliką i tajemniczością. Nie są prostym zbitkiem słów mówiących ‘Chodź kotku, weź mnie do domku’. Trywialny przykład, ale taka jest prawda. Płyta Lisowskiej jest wypełniona tekstami pełnymi metafor. Aby odszukać ich znaczenie potrzeba czasu. Potrzeba trochę dłużej pomyśleć, bo kto po pierwszym przesłuchaniu Dalej Stąd może zrozumieć przesłanie tej piosenki, kiedy śpiewa: Patrz, odbijam się od ścian znów. W pokoju tu, cała od łez. Pod moim łóżkiem mieszkają duchy złe. Można powiedzieć, że te teksty to wiersze z ukrytym znaczeniem, który my, jako ich odbiorcy mamy za zadanie odczytać.
Przechodząc stricte do piosenek znajdujących się na płycie polecam wysłuchać Dalej Stąd. Jest to utwór, który przez ¾ piosenki wydaje się być balladą opartą na prostych instrumentach takich jak pianino, gitara czy skrzypce. Jednak pod koniec piosenka zmienia ton w nieco mocniejszy. Wchodzą gitary elektryczne i perkusja. Ciekawe połączenie. Zakazani jest również tego typu utworem, który jest połączeniem lekkiej i mocniejszej muzyki. Jutra Nie Będzie, Aero-Plan II, W Stronę Słońca, Ostatni Raz i Nieodporny Rozum to utwory bardzo chwytliwe, choć każdy z nich jest inny. Jutra Nie Będzie to połączenie pop osłonięty cienką powłoką rocka. Aero-Plan II to utwór mocno elektroniczny z dupstepowymi wstawkami. W Stronę Słońca pierwotnie było również elektroniczne, lecz na płytę została dodana wersja rockowa. Ostatni Raz to utwór w stylu Paramore, bardziej rockowy niż popowy. Nieodporny Rozum to jedna z tych miałkich popowych piosenek, który jednak został pierwszy hitem Eweliny w Polsce. Myślę, że większość z nas potrafi ją zanucić. Pierwsza część Aero-Planu również nadaje się na singiel, ponieważ jest bardzo melodyjna. Ale nie wiem czy słuchacze chcieliby słuchać np. od samego rana tak ostre gitary, które słyszymy w tej piosence. Cała Płonę to również piosenka w stylu Paramore. Ciekawa, interesująca i niemęcząca.


Jeśli miałbym wybrać najmniej interesującą piosenkę na płycie to decyzja byłaby trudna. Płyta jest utrzymana na bardzo wysokim poziomie. Manierę Eweliny można kochać albo nienawidzić. Jeśli na dłuższą metę nie potrafisz wytrzymać z głosem Eweliny to ta płyta nie jest dla Ciebie. Na dodatek, jeśli czujesz wstręt do gitar elektrycznych i perkusji w mocniejszym wydaniu to również nie dla Ciebie. Jeśli jednak uwielbiasz mocniejszy pop rock i lubisz wokal Eweliny, zdecydowanie powinieneś sięgnąć po tę płytę. Jest warta swojej ceny. Sam kupiłem ją 2 dni po premierze. Mogę nazwać bez zawahania, że Ewelina to diament na Polskiej scenie muzyki rozrywkowej. Brakowało tego powiewu świeżości na niej. Lisowska zaprezentowała się nam z jej najlepszej strony i już nie mogę się doczekać, by zobaczyć jaki będzie jej następny krok.

Moja Ocena: 10/10

piątek, 27 września 2013

#8 Jessie J - Alive


     Nieszablonowa, zjawiskowa, wyróżniająca się z tłumu i z jednym z najbardziej charakterystycznych głosów artystka wydała swój drugi album kilka dni temu. Jessie J zgromadziła jak dotąd przeróżne opinie dotyczące tego albumu. Jedni twierdzą, że jest bardziej spójny, ciekawszy od poprzednika, a drudzy natomiast oskarżają ją o zakochanie się w prostych gatunkach takich jak pop, dance czy muzyka elektroniczna. Jej debiutancki album Who You Are rozchodził się w milionach egzemplarzy na całym świecie. Każdy zna single takie jak Do It Like A Dude, Who’s Laughing Now czy Price Tag. Wkrótce dzięki współpracy m.in. z Davidem Guettą została wydana reedycja albumu wzbogacona o trzy piosenki (w tym singlowe Laserlight czy Domino). A jak prezentuje się jej najnowszy album Alive?

     Płyta rozpoczyna się bardzo tanecznym utworem, trochę podobnym w stylu do Domino. It’s My Party jest piosenką, w której na pierwszym planie słychać gitary, które nadają tempo tej piosence. Nie jest to najlepszy utwór z płyty, jednakże jest czysto radiowy i szybko wpada do głowy. Thunder jest jedną z najsłabszych kompozycji na płycie. Niby taki ‘głośny’ tytuł, jednakże brakuje mi takiego kopniaka energetycznego w refrenie. Bridge w tej piosence ratuje ją. Jest mega chwytliwy i w stylu jej poprzedniej płyty. Następnym utworem na płycie jest Square One, który był śpiewany na żywo wiele razy zanim płyta została wydana. Czyżby to w przyszłości miał być singiel? Jest to bardziej elektroniczny utwór, balladowy, chwytliwy i charakteryzujący się idealnym masteringiem. Wokal Jessie jak zwykle zachwyca. Kolejną piosenka jest Sexy Lady przypominająca w stylu P!nk. Znów bardziej taneczny, idealny na parkiet utwór, ale nie jest przepełniony elektroniką. Nie słychać w nim dubstepu czy tanecznych bitów. Jest to czysto popowy utwór z bardzo wyraźną, jak w przypadku It’s My Party, partią gitarową. Harder We Fall to kolejny mocny punkt płyty, która jak dotąd broni się zwycięsko. Pop w czystej i jakże świetnej postaci, bardzo chwytliwy i porywający do śpiewania razem z Jessie J. Żywe instrumenty dodają autentyczności temu utworowi. Mam nadzieję, że w przyszłości ten utwór zostanie wydany jako singiel, bo naprawdę ma potencjał. Czekam na wersję akustyczną, bo jestem pewien, że Jessie J pokaże znów swój znakomity talent wokalny. Następnym utworem na płycie jest Breathe – mocno elektroniczny otoczony agresywnym, wołającym o pomoc głosem. Aż czuć te emocje, które są schowane w tym utworze. Polecam! Polecam również wszystkim następny utwór z tracklisty, czyli I Miss Her. Przepiękna ballada powstały przez połaczenie pianina, skrzypiec i Jessie J. Za każdym razem jak słucham tę piosenkę przez moje ciało przechodzą ciarki. Jej wokal jest na najwyższym z najwyższych poziomów. Znakomity utwór. Powrót do lat 90 odczujemy przy nastepnym utworze, Daydreamin’. Fajnie jest się cofnąć w czasie. Utwór lekki, taki idealny na uzupełnienie niedzielnego relaksu, przed zbliżającym się tygodniem ciężkiej pracy. Excuse My Rude nagrany przy współpracy ze debiutującą raperką Becky G (którą bardzo lubię i śledzę jej karierę od samego początku, zanim jeszcze wydawała swoje pierwsze single) jest następną wisienką na torcie. Mocny bit, agresywny tekst w stylu Do It Like A Dude, i dwie prześwietne osoby w muzycznym showbusinessie. Idealny kawałek, który możemy użyć wtedy kiedy chcemy komuś powiedzieć, że ich po prostu nie lubimy.  Czas na pierwszy singiel promujący to wydawnictwo. Wild, zostało nagrane przy współpracy  z (aż!) dwoma raperami. Trochę mało mi w niej Jessie, dlatego preferuję wersję, w której jest jeden raper oraz w której ona sam śpiewa. Ale utwór sam w sobie jest bardzo dobry, mocny, ciekawy i co najważniejsze – chwytliwy. Jessie chce przez ten utwór pokazać nam, że jest bardzo szczęśliwa z tego jak jej życie się potoczyło, że może żyć swoim marzeniem. Bycie piosenkarką to dla niej spełnienie jej najskrytszych marzeń. Gold jest utworem który z ballady przechodzi w muzykę taneczną, ale podoba mi się to połączenie. Bardzo przypomina mi piosenki z reedycji do Who You Are. Przebojowe i tytuł bardzo intrygujący. Złoto każdego interesuje i chcemy się dowiedzieć o czym śpiewa. Conquer The World jest duetem z amerykańską wokalistką r’n’b Brandy, jednocześnie tak bardzo zapomnianą w przemyśle muzycznym, a z takim wielkim talentem. Jest to bardzo udany duet, nie wiem dlaczego inni sądzą inaczej. Piosenka jest przepiękna, wpadająca w ucho i co najważniejsze, nie jest elektronicznie zrobiona czy obrobiona. Brandy pokazała jak wielkie głosisko w niej siedzi. Może, dzięki temu duetowi ludzie sobie o niej przypomną. I ostatnia piosenka na płycie, tytułowa – Alive. Elektronika, gitara – czyli bardzo powszechne połączenie na tej płycie. Ciekawy uwtów, który polubiłem od pierwszego przesłuchania. Idealny utwór na podsumowanie wersji standardowej!

     Podsumowując, płyta się obroniła i to bardzo mocno. Jest zdecydowanie lepsza i bardziej spójna od poprzednika gdzie można było znaleźć utwory oderwane całkowicie od reszty – co nie zmienia faktu, że bardzo lubię płytę Who You Are. Na tej płycie Jessie J zdecydowała się być bardziej konsekwentna w swoich działaniach i postawić na coś co pokochała. Nie od dziś wiadomo, że Jessie to popowa wokalistka z niezwykłym i rzadkim głosem. Co najbardziej mnie denerwuje w ocenianiu tej płyty to fakt, że nie ocenia się jej zdolności wokalnych, a to czy się lubi dany gatunek muzyki czy nie. Wokalnie Jessie J pokazała prawdziwą klasę na tej płycie. Co więcej, ten jej charakterystyczny głos został jeszcze bardziej uwydatniony na Alive. Co więcej, wkład włożony w stworzenie tekstów na tę płytę w większości należy do Jessie. To ona napisała teksty przy współpracy z innymi tekściarzami. To się ceni w dzisiejszych czasach, kiedy to można dostać utwór już z gotowym tekstem od róznych producentów czy innych tekściarzy. To dodaje autentyczności tej płycie.


Moja Ocena: 8.5/10

sobota, 14 września 2013

#7 The 1975 - The 1975

      Zespół The 1975 jest stosunkowo mało znany w Polsce, więc natrafiłem na niego bardzo przypadkowo, dzięki aplikacji Spotify na liście najczęściej słuchanych albumów… w Wielkiej Brytanii. Został wydany we wrześniu 2013 roku i zawiera aż 16 kompozycji wyprodukowanych przy pomocy Mike Crossey’a, który wcześniej współpracował np. z Arctic Monkeys czy Foals. Chłopacy z zespołu poznali się w szkole w 2002 roku, zaprzyjaźnili się i tak powoli ukształtował się zespół The 1975. Zaczynali od występowania na wydarzeniach organizowanych dla nastolatków, gdzie mogli zaprezentować swoje interpretacje piosenek. Inspiracji sięgają u Michaela Jacksona, u Rolling Stonsów czy nawet u Sigur Rós. Po pewnym czasie zaczęli tworzyć własne kompozycje inspirując się popowymi hookami, które łączyli gitarowymi melodiami. W 2012 roku wydali swoją pierwszą EPkę zatytułowaną Facedown. Singiel z tego wydawnictwa stał się bardzo popularny na muzycznych blogach i tak powolutku gromadzili coraz większą rzeszę fanów. W późniejszym czasie wydawali następne EPki z których pochodzi hit taki jak Sex. Aż w końcu nadszedł czas na ich debiutancki longplay.
   Płyta zaczyna się od swego rodzaju wstępu nazwanego The 1975 w którym wita nas bardzo elektronicznie zmieniony głos, który nie zachęca do słuchania dalszej części płyty. Wstęp jest na początku ciekawy, lecz później nudny i aż trochę uszy bolą słuchając go przez słuchawki. The City jest następnym utworem na płycie, który charakteryzuje się mocną perkusją połączoną z elektroniczną muzyką. 

   W bardzo ciekawy sposób został użyty efekt echa w pierwszej ze zwrotek. Refren jest połączeniem dwóch gatunków – mianowicie popu i rocka. Piosenka ma bardzo chwytliwy tekst, jest bardzo przyjemna i idealnie sprawdziłaby się jako singiel promujący to wydawnictwo. Następna piosenka M.O.N.E.Y jest bardzo chaotyczna. Przypomina mi trochę melodię z gier 8-bitowych kiedy to nie było jeszcze czegoś takiego jak HD czy 3D. Wyróżnia się tym, że w tle za głosem wokalisty jest pełno pogłosów, które sprawiają, że ta piosenka jest dla mnie irytująca. Jedna z gorszych pozycji na tym albumie. Któżby nie lubił od czasu do czasu zjeść Chocolate. Jest to lekka popowo-rockowa piosenka. Subtelność gitary w tej piosence powala na kolana. Ma bardzo chwytliwy i przyjemny tekst. Piosenka zdecydowanie na plus. Ze jednej przyjemności przechodzimy w drugą, mianowicie przed nami utwór Sex

    Został wydany 10 września jako singiel. Charakteryzuje się mocną gitarą, która z czasem może stać się irytująca, na krótszą metę jest do zniesienia. Refren jest o wiele mocniejszy, czuć w nim moc. Ale co najdziwniejsze to to, że piosenka ta nie zwiera w sobie typowej konstrukcji: zwrotka + refren + zwrotka + refren + bridge + refren. Jest stworzona zupełnie odmiennie – musicie ją posłuchać, żeby się o tym przekonać. Talk! – kolejny utwór na płycie – jest piosenką słabą, wykrzyczaną w której czuć zero oryginalności. Możemy słyszeć w kółko frazę ‘Why You Talk So Loud’, a tak naprawdę muzyka na to nie wskazuje. Muzyka jest po prostu nijaka. Po słabym utworze czas na przerwę. Następny wstęp An Encounter, który wprowadza nas w następną część płyty. Trochę futurystyczny i zdecydowanie lepszy od pierwszego The 1975. Kolej na następny singiel z płyty – Heart Out – który został wydany 2 września i który jest jednocześnie jedną z moich ulubionych piosenek na tej płycie. 

    Słychać w niej niezależność – to nie jest miałki pop, którego wszędzie pełno. To jest takie połączenie Katy Perry i Daft Punk – dziwne skojarzenie, ale według mnie oddaje klimat tej piosenki, która jest bardzo chwytliwa i typowo wakacyjna. Settle Down to powrót do wspaniałych lat 80 z połączeniem nowoczesności. Przypomina mi to trochę połączenie początków kariery Kylie Minogue i Madonny. Bardzo intrygująca melodia i łatwa do zapamiętania. Utwór zdecydowanie na plus. Natomiast Robbers jest przykładem połączenia dwóch gatunków muzyki. Klasyczny Rock w połączeniu z popową balladą lat 80. Uwagę zwraca ciekawie zmieniony wokal w zwrotkach. Jedna z perełek na tym albumie. Następna piosenka Girls jest trochę płytka, choć przyjemna do słuchania kiedy chcemy sobie trochę odpocząć. Są to znów szalone lata 80. Gdy zamykam oczy podczas słuchania tej piosenki widzę wybrzeże w Kalifornii po którym jadę wśród palm. Idealna piosenka na wakacyjne podboje. Przed nami ostatni ze wstępów na płycie i najciekawszy. 12 jest bardzo hipnotyzujący i nadawałby się na przerwę w koncercie kiedy artysta np. popija wodę czy się przebiera. Wkraczamy powoli w końcówkę albumu. She Way Out niespecjalnie przypadło mi do gustu. Nie wyróżnia się niczym. Jest nijaka. Jestem w stanie przesłuchać tę piosenkę do końca tylko i wyłącznie dlatego, że wokalista ma brytyjski akcent. Następna piosenka Menswear również należy do tych dziwnych. Pierwsza połowa piosenka to jest sama muzyka, w której wyraźnie przeważa bass. Przychodzi na myśl od razu pytanie czy komuś zabrakło pomysłu na cały tekst. Ale po dłuższym przemyśleniu uważam, że jest to bardzo przyjemny utwór. Pressure jest pierwszy singlem promującym to wydawnictwo. 

    Jest to zdecydowanie utwór na plus i bardzo dobrze, że został wydany jako singiel. Trochę zwariowany refren połączony z nieco spokojniejszą zwrotką tworzą naprawdę bardzo fajną mieszankę. Instrumenty dęte urozmaicają piosenkę w jej drugiej połowie. Ostatni utwór Is There Somebody Who Can Watch You jest prostą balladą opartą tylko i wyłącznie na dźwięku pianina. Do tego głos wokalisty idealnie współgra z pianinem. Myślę, że powinna się znaleźć więcej takich utworów w ich repertuarze. Jest to idealne zakończenie płyty. Perełka!
  Podchodziłem do tej płyty bardzo sceptycznie włączając ją na próbę w programie Spotify. Nie lubię słuchać czegoś w ciemno, ale jako, że nie byłem zmuszony do kupna tej płyty w formie digital to powiedziałem sobie, że najwyżej mi się nie spodoba i nie będę do niej wracał. Włączenie tej płyty to był bardzo dobry wybór. Płyta jest bardzo różnorodna, ciekawa i każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Naprawdę, polecam ją każdemu kto choć trochę lubi posłuchać muzyki alternatywnej.


Moja ocena: 7.5/10

piątek, 6 września 2013

#6 Natalia Kills - Trouble


     Po w miarę udanym debiucie w roku 2011 z albumem Perfectionist, na którym możemy znaleźć taki hit jak Mirrors, Natalia Kills postanowiła nagrać bardziej mroczną i osobistą płytę pokazując fanom swoją historię zanim stała się tym kim jest teraz. Album nagrywany był od kwietnia 2012 roku do lutego roku następnego z udziałem takich producentów jak Jeff Bhasker (‘Girl on Fire’ Alicii Keys, fun. ‘Some Nights’) czy Emile Haynie (‘Born to Die’ Lana Del Rey, Bruno Mars ‘Locked out of Heaven’). Nazwiska producentów i przykłady wyprodukowanych utworów pokazują już na samym początku, że płyta ta nie będzie czymś typowo popowym, lecz będzie czymś innym ale równie przebojowym. Wielkim plusem płyty ‘Trouble’ jest to, że wszystkie teksty zostały głównie napisane przez Natalię Kills co dodaje wielką autentyczność temu wydawnictwu.
     Płyta rozpoczyna się piosenką Television, która na samym początku zawiera także wprowadzenie do płyty – do jej świata, który jest retrospekcją tego co przeszła w dzieciństwie. Po wprowadzeniu słyszymy szybszy i natchniony latami ‘90 bit, który z jednej strony zachęca do potańczenia wraz z nią, ale z drugiej strony aż chce się wsłuchać w tekst by zrozumieć dokładnie jego przesłanie. Styl śpiewu w tym utworze przypomina mi ten, którym posługuje się Gwen Stefani z zespołu No Doubt. Przerażający krzyk jest idealnym zakończeniem tego utworu, by zaraz zaczął się singiel Problem promujący to wydawnictwo, który pokazuje mroczną i ciemną stronę Natalii, która twierdzi, że jest tylko problemem. Doszukać się można w niej jej początków życia w Hollywood, kiedy to było jej cieżko bo nie miała pieniędzy i spała w obskurnym motelu. Co więcej, można tutaj odnaleźć bardzo wyraźny podtekst seksualny do ‘chłopaka występującego w tej piosence’. 

     Trzecim utworem z płyty jest Stop Me, który charakteryzuje się mrocznym i bardzo ciężkim bitem. Momentami śpiew Kills przypomina mi jej mniej znaną koleżankę po fachu Neon Hitch. Jednakże osobisty tekst, który jest w pewnych momentach bardzo kontrowersyjny i intrygujący bridge sprawiają, że trudno zapomnieć o tej piosence. Chce się do niej wracać częściej. W Boy’s Don’t Cry na pierwszy plan wybija się użycie tzw. Clap’u, który jest bardzo głośny ale na szczęście nie irytujący. Wręcz przeciwnie, dodaje tej piosence ‘życia’. Gdy słucham tej piosenki słyszę inspirację muzyką z filmu Dirty Dancing co jest dodatkowym atutem tej piosenki, bo uwielbiam ten film. Ten utwór to chęć nieprzywiązywania się z nikim emocjonalnie, aby, gdy przyjdzie do powiedzenia sobie Goodbye, nie poczuć się zranionym. Carpe Diem – jak to pewien filozof kiedyś powiedział. Daddy’s Girl idealnie spełniłby swoją rolę jako singiel i mam nadzieję, że taką rolę w promowaniu tego krążka otrzyma. Piosenka posiada bardzo chwytliwy tekst, który idealnie sprawdziłby się w komercyjnym świecie. Muzycznie przypomina mi to takie połączenie lekkiego stylu country, lat 90 oraz nowoczesności czego nie możemy znaleźć w kulturze dzisiejszej muzyki popularnej. 

     Następnym singlem promującym wydawnictwo jest piosenka Saturday Night, które doczekało się ciekawego teledysku pokazujący przemoc domową. Ojciec wykorzystujący swoją przewagę fizyczną nad swoją żoną i dziecko [Natalia], które to wszystko widzi i żyje z nimi pod jednym dachem. Piosenka charakteryzuje się prostym, aczkolwiek mocnym bitem który podkreśla emocje, które są przekazywane przez tę piosenkę. O piosence Devil’s Don’t Fly nie będę wiele pisał, ponieważ jest niesamowitym utworem elektronicznym, który charakteryzuje się intrygującą muzyką wzmocnioną i ożywioną przepiękną perkusją. Po prostu polecamOut of Time jest drugim singlem promującym tę płytę, udostępnionym na iTunes do pobrania za darmo. Piosenka jest w pewnym sensie powrotem do końcówki lat 80. I znów nietrudno o połączenie tego z filmem Dirty Dancing – idealnie pasowałaby do soundtracku tego filmu. Co więcej, ‘żywe’ instrumenty takie jak perkusja dodają niesamowitej magii tej piosence, która jest jedną z nielicznych wolniejszych na tej płycie. Wokalnie Natalia świetnie poradziła sobie przy tej piosence i na pewno do niej będę wracał. Controversy został wydany jako promocyjny singiel jeszcze w roku 2012. Śmiem twierdzić, iż jest to jedna z najdziwniejszych piosenek na płycie, ale w tym pozytywnym znaczeniu tego słowa. Przypomina mi trochę styl Lady Gagi z czasów The Fame, a zwrotki które są w pewnym rodzaju wymienianką różnych rzeczy, przypominają mi bridge z piosenki Vogue, Madonny. Tekst jest przepełniony wulgarnością, jednocześnie będąc bardzo prostym, natomiast bit jest bardzo nowoczesny co stwarza świetną atmosferę tej piosence. 

     Rabbit Hole znów przypomina nam Gwen Stefani oraz w refrenie słychać Britney Spears. To niecodziennie spotkać artystkę, która potrafi się wcielić w tak wiele głosów. Tak jak i cała płyta, ta piosenka jest bardzo mroczna, ale nie tylko. Jest dzika, szalona, przepełniona seksualnością.  Prostym bitem lecz nadal w ciemnych barwach piosenkarka przedstawia nam utwór Watching You. Miłość nie jest uczuciem, którego idzie się tak łatwo wyzbyć z siebie. Czasami zamienia się w zło, kiedy to nie jesteśmy w stanie pozwolić drugiej osobie odejść i tą osobę prześladujemy. Piosenka przyjemna – do której chce się wracać. Marlboro Lights to ballada, która jest najwolniejszą piosenką na płycie. Pianino, głos Natalii (w niektórych momentach przypominający Miley Cyrus) i prosta ale przyciągająca melodia tworzą coś wspaniałego. Idealna piosenka na singiel. Kończymy słuchanie płyty piosenką Trouble w której trochę słyszę Coldplay – choć im dłużej ją słucham, tym mniej tego słyszę. Mocna gitara stwarza mroczną atmosferę, lecz podkład jest taki jakby radosny, momentami psychodeliczny. Ból ukryty za uśmiechem – tak możemy to podsumować. Muszę powiedzieć, że jest to idealna piosenka na zakończenie płyty.
     Zdecydowanie jest to jedna z lepszych płyt, które wyszły w tym roku. Prawdziwość tekstów, zupelnie odbiegająca od komercyjności muzyka i głos Natalii Kills tworzą coś do czego chce się wracać częściej niż tylko ten jeden raz po premierze płyty. Według mnie jest to płyta bardziej przemyślana niż jej poprzednik, ale związane jest z tym też to, że to są wspomnienia Natalii, które do łatwych nie należą. Ona to czuje i przekazuje w nich swoje emocje, a tego jeszcze w tym roku aż tak bardzo nie czułem w żadnej z wydanych płyt. Z całego serca polecam wszystkim ten album bo naprawdę warto!


Moja Ocena: 10/10

środa, 21 sierpnia 2013

#3 P!nk - Funhouse


     Był rok 2008 kiedy to P!nk wydała singiel So What promujący jej, wtedy, najnowszą płytę Funhouse. Przed tą płytą mogliśmy ją znać z takich hitów jak Get the Party Started, Family Portrait czy Who Knew. 28-letnia, wtedy, wokalistka z samych Stanów Zjednoczonych nie przejmuje się niczym, stawia na to co kocha, co czuje i co sprawia jej radość. Na płycie słyszymy głównie mocniejszy pop który został w ciekawy sposób połączony z klasycznym rockiem, ale nie tylko – znajdziemy tutaj również ballady przyprawiające o ciarki na plecach. Jednym słowem, dla każdego coś dobrego. Pisanie recenzji albumu, który ma już swoich następców nie przychodzi z łatwością ponieważ jesteśmy teraz przyzwyczajeni do nowego wizerunku P!nk, innych brzmień – bardziej nowoczesnych, ale taka jest kolej wszystkiego - muzyka ewoluuje, a wraz z nią wszyscy artyści.
     Płyta rozpoczyna się dosyć mocno rockową i wyrazistą piosenką So What. P!nk pokazuje nam się z tej bardziej dzikiej strony w stylu gwiazdy rocka nie przejmując się tym czy wpadnie w kłopoty. Chce walczyć. W utworze dominują gitary elektryczne i perkusja, które wzmacniają kilkakrotnie agresywność, waleczność i dzikość tego utworu. Bardzo dobry wybór na pierwszy singiel promujący płytę.

     Na początku drugiej piosenki znów słyszymy gitarę elektryczną, ale z bardziej delikatnym i subtelnym sposobem grania. Sober wprowadza nas w bardziej smutną atmosferę. Jako ciekawostkę należy dodać, że P!nk napisała tę piosenkę gdy organizowała przyjęcie u siebie w domu na którym wszyscy byli pijani – oprócz niej. Wtedy chciała wszystkich wyrzucić. Poszła na plażę i miała wtedy w głowie tekst How do I feel so good sober? Tak zrodził się pomysł do napisania tej jednej z mroczniejszych piosenek na tej płycie. Utwór jest idealny na te smutniejsze dni.

     I don’t believe you jest jedną z tych bardziej osobistych ballad, które wywołują ciarki na plecach. Pokazuje P!nk z tej bardziej delikatnej strony. Jej głos po prostu hipnotyzuje. Nie będę nic więcej pisał o tym utworze – jest po prostu idealny. Zapraszam do posłuchania.

     Jak na razie nie przyspieszamy za bardzo z muzyką. Przed nami One Foot Wrong – piosenka wolna, lecz z pazurem. Chrypka, którą czaruje nas P!nk jest czymś co dodaje ciekawą atmosferę temu utworowi. Nowoczesność połączona z klasyczną rockową balladą. Przepiękna!
     Następna piosenka jest o miłości, ale tej złej miłości, która ją zmienia. W Please Don’t Leave Me P!nk śpiewa o kimś kto ma bardzo zły wpływ na nią, ale jednocześnie nie może pozwolić tej osobie odejść. Miłość zwycięża wszystko, nawet ta zła część związku nie jest w stanie jej złamać. Piosenka została napisana z pomocą Maxa Martinsa.

     Zostajemy nadal w temacie złego wpływu na ludzi. Bad Influence jest jedną z tych bardziej rockowo-imprezowych piosenek na płycie. Przy niej nie sposób usiedzieć w jednym miejscu. Aż chce się z nią śpiewać! Piosenka została stworzona po to by rozbawić ludzi – tekst jest pełen różnych ‘śmiechowych’ tekstów.
     Bawimy się dalej i to równie dobrze jak z poprzedniczką. Funhouse jest najpopularniejszą piosenką z płyty. Każdy pamięta teledysk do tej piosenki [który możecie zobaczyć niżej]. Piosenka ma ukryte znaczenie miłosne. Opowiada o związku, który kiedyś był dla niej idealny, był jak Funhouse. Ale niestety, to wszystko zaczęło się sypać. Postanowiła to spalić za sobą. Jak większość piosenek z tego albumu, opowiada o jej zerwaniu z Carey’em Hartem.

     Przed nami następna ballada. Smutna piosenka Crystal Ball mówi słuchaczowi, że nawet jeśli ktoś się Tobie oświadczy to nie znaczy, że to będzie trwało na zawsze. Miłość potrzebuje świadków. Ona tak myślała, ale nie jest przestraszona tymi zadrapaniami. But I'm not scared at all of the cracks in the crystal ball. W tej piosence albo można się zakochać, albo od razu ją znienawidzić.
     A teraz wchodzimy w zupełnie inny klimat – trochę nie pasujący do całości płyty. Mean muzycznie przypomina Country, ale śpiew P!nk jest nadal czysto rockowy [w końcu ona nadal jest gwiazdą rocka! :D]. Mimo tego, że piosenka jest inna od reszty nie zapada w pamięć jak single. Tematycznie przypomina Please Don’t Leave Me. Now do we stay together cause we’re scared to be alone? /We got used to this abuse it kinda feels like home.
     It’s all your fault jest jedną z tych piosenek nie-singlowych które najbardziej lubię. Delikatny refren, by zaskoczyć nas za chwilę mocniejszym refrenem. Uwielbiam ją też dlatego, że jest waleczna, ale jednocześnie zraniona i przestraszona – jednak jest pewna tego, że to nie jest jej wina. Jedynym minusem jest użycie Autotune’a w bridge’u.
     Rock i a’la rap? To przynosi nam nastepny utwór Ave Mary A. Jest to chyba mój faworyt z tej płyty. P!nk zaskakuje swoim wokalem w refrenie, wyciąga naprawdę trudne dźwięki. Chrypka ustąpiła miejsca emocjom takim jak złość, gniew i strach. Utwór oceniam 10/10, musicie go posłuchać.
     Glitter in the Air zamyka standardową wersję płyty. Piękna popowa ballada z użyciem pianina, w której zadanych zostało wiele pytań została wybrana jako ostatni singiel z tej płyty. Piosenka mówi o sile miłości i ryzykownych działaniach jakie za sobą pociąga. Wokal P!nk tworzy taką atmosferę, którą poczuć może każdy. Słychać, że została zraniona.

     Na koniec został dołączony bonus w postaci piosenki This Is How It Goes Down w ducie z Travis’em McCoy’em. Wielkim minusem tej piosenki jest to, że głos P!nk jest za bardzo przetworzony komputerowo. Rapowanie Travis’a jednak jest przeciętne. Ani nie podnosi renomy tego utworu, ani go nie rozkręca. Dobrze, że nie został dodany jako część albumu, tylko jako bonus.
     Podsumowując, płyta ma swoje plusy i minusy. Single zostały wybrane idealnie do klimatu płyty. Właśnie z tego powodu nie rozumiem użycia piosenki Mean w trackliście. Piosenka jest fajna, ale trochę psuje jej klimat. Podoba mi się to, że swoje przeżycia przelała na papier a potem ubrała je w muzykę. To sprawia, że ten album staje się jeszcze bardziej osobisty i możemy poczuć razem z P!nk co wtedy czuła, bo jej głos sprawia, że wczuwam się bardzo w jej stan emocjonalny. Cieszę się, że piosenka z Travis’em McCoyem została użyta tylko i wyłącznie jako bonus, bo należy do tych najsłabszych.


OCENA: 8/10


niedziela, 11 sierpnia 2013

#1 Rita Ora - ORA

    
     ‘Boże, ale ona jest podobna do Rihanny’ – to była pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy kiedy po raz pierwszy zobaczyłem teledysk do jej debiutanckiego singla How We Do (Party). Rita Ora, 22 letnia brytyjska wokalistka pochodząca z Kosowa, talent do śpiewu zdecydowanie posiada – wystarczy obejrzeć jej kilka występów na żywo by się o tym przekonać. W roku 2009 próbowała swoich sił w lokalnych eliminacjach do Eurowizji podczas których Wielka Brytania miała wybrać swojego reprezentanta. ‘Na jej szczęście’ nie wygrała, dzięki czemu nie zamknęła się przed nią droga do zawarcia kontraktu z samym Jay’em – Z pod koniec tego samego roku. 14 Grudnia 2011 roku Rita Ora wraz z Dj Freshem wydali singiel Hot Right Now, który osiagnął 1 miejsce w UK. Tak dochodzimy do wydania jej debiutanckiego singla, który swoją premierę miał 24 lutego 2012 roku. Płyta natomiast została wydana 27 sierpnia.
     ORA, bo tak nazywa się jej debiutancka płyta nagrywana była między 2009 a 2012 rokiem. Podczas sesji nagraniowych Rita spotkała się m.in. z Sia Furler, Switch’em, Will.I.Am’em czy Stargate’m. Wokalnie pokazała nam bardzo wysoki poziom jak na debiutancką płytę. Pokazała, że potrafi w umiejętny sposób przechodzić z niższych dźwięków na wyższe. Przejdźmy teraz do mojej oceny poszczególnych piosenek z albumu.
     Ora wita się z nami krótką piosenką Facemelt, która jest wprowadzeniem do albumu i ostrzeżeniem byśmy byli ostrożni: ‘…I know what you came for, but please please be careful, my little daredevils , we might as well jump…’. Mocny i mroczny bit wprowadza nas w stan ciekawości – co będzie dalej. Lubię takie wprowadzenia do albumów.

     Roc’ the Life jest nastepną piosenką na płycie, która utrzymana jest w podobnym mrocznym i mocnym bicie jak jego poprzednik. Chwytliwy refren ‘Roc the li – li – li – li – li – li – li – li – li – li – life’ przez długi okres czasu nie chce wyjść mi z głowy. Z jednej strony lekka, lecz na dłuższy okres czasu nużąca. Została wydana jako singiel promocyjny wraz z teledyskiem w UK 23 czerwca 2012 roku.

     Wchodzimy teraz w świat niekończącej się imprezy ‘I wanna party and bullshit, and party and bullshit...’. To dzieki tej piosence świat dowiedział się kim tak naprawdę jest Rita Ora. How We Do (Party) puszczany był w radiach na całym świecie. Piosenka jest bardzo lekka dla ucha, idealna na domówkę kiedy chcemy się zrelaksować po ciężkim dniu z przyjaciółmi, jednocześnie nie chcąc dostać bólu głowy od zbyt mocnej muzyki. Wydanie tej piosenki jako singiel promujący debiutancki album było strzałem w dziesiątkę. To  było coś czego rynek muzyczny w tamtym czasie potrzebował.

     R.I.P jest to piosenka napisana specjalnie napisana dla Rity przez Drake’a znanego m.in. z piosenki Take Care w duecie z Rihanną. Nagrana w duecie z Tinie Tempah powraca znów do mocniejszych bitów. Przypomina mi trochę ona połączenie Rockstar 101 i Fire Bomb z Rated R, co jest wielkim atutem tej piosenki, bo ta płyta Rihanny leży mi głęboko w sercu.

     Z Radioactive przenosimy się w elektroniczny świat przyszłości. Użyta elektronika w piosence idealnie wpasowuje się w dzisiejsze trendy które rządzą radiami; to właśnie dlatego została ona wybrana jako singiel promujący płytę. Idealna piosenka do klubu co potwierdza Rita śpiewając: This club's radioactive, drop the bomb, lemme feel the beat, this club's radioactive, drop the bomb, lemme feel the beat(Ten klub jest radioaktywny, upuść bombę, pozwól mi poczuć bit, ten klub jest radioaktywny, upuść bombę, pozwól mi poczuć bit). Ta piosenka to jeden z moich ulubionych utworów z tej płyty.

     Shine Ya Light ? Piosenka idealnie pasująca do How We Do (Party)- lekka, przyjemna dla ucha, z zapadającym w pamięci refrenem. Co więcej, ociera się ona trochę o styl Reagge. Widać, że Rita potrafi się odnaleźć w różnych gatunkach muzycznych, lubi eksperymentować, a co najważniejsze – wychodzi jej to bardzo dobrze.

     Miłość i wojna – Love and War. Już kiedyś to słyszałem – śpiewała o tym Jordin Sparks w swojej piosence Battlefield. Rita jest już zmęczona walką, chcę przestać: I don’t wanna fight anymore (Nie chcę nigdy więcej wlaczyć). Z jednej strony piosenka jest delikatna z bardziej wyrazistym podkładem. Śpiew symbolizuje miłość, a muzyka wojnę – takie jest moje odczucie po przesłuchaniu kilkunastu razy tej piosenki.
     Cofamy się w świat Rock ‘n Rolla dzięki piosence Uneasy, ale tylko na kilkanaście sekund podczas zwrotek. Nastepnie wchodzimy w świat elektroniki. Muszę stwierdzić, że jest to ciekawe połączenie. Piosenka należy do tych lekkich piosenek z chwytliwym refrenem.  
     Nie wiem jedynie co napisać na temat następnej piosenki z tracklisty napisanej przez i nagranej z Will.I.Am. Fall in Love, bo tak ta piosenki się nazywa, jest pomyłką jeśli chodzi o umieszczenie jej na tej płycie. Kompletnie nie pasuje do albumu. Podkład jest irytujący, a głos Will.I.Am’a pozostawia jak zwykle wiele do życzenia. Fa-lalalala – naprawdę? Może miała to być piosenka świąteczna.
     Been Lying jest praktycznie jedyną piosenką napisaną prawie w całości przez Ritę. A szkoda, bo Rita ma potencjał w pisaniu tekstów. Piosenka od razu poprawia nastrój po irytującej poprzednicce. Piękna, delikatna, miłosna i trochę elektroniczna ballada. Rita nie chce zatracić się w miłości bardziej niż to potrzebne, bo mogłaby wtedy okłamać siebie i zapomnieć kim tak naprawdę jest. Oby więcej taki piosenek na następnej płycie.
     Hello, Hi, Goodbye jest piosenką zamykającą album. Rita chce otrząsnąć się po utraconej miłości, której ona już nie czuje. Delikatna ballada w którą został bardzo umiejetnie wplątany przepiękny wokal Rity. Idealne zakończenie płyty.
     Jako dodatek znajdujemy na płycie pierwszy jej hit, który usłyszała w radiu – Hot Right Now. Jak na DJ przystało, Fresh zrobił bardzo elektroniczny utwór, który idealnie wpasowuje się w parkiety klubów na całym swiecie. Niestety jej głos na nim w niektórych momentach jest komputerowo ulepszony i to słychać od razu.

     Podsumowując, debiutancka płyta Rity Ory jest udanym eksperymentem z jej strony. Szuka swojej ścieżki, którą chce podążać w muzyce - poniekąd już się określiła - chce rywalizować z gwiazdami pop'u. Płyta mi się bardzo spodobała. Elektroniczno-przyciągająca, a jej wokal pokazuje, ze potrafi poradzić sobie w różnych bitach - od tych lekkich po te dzikie, mocne czy agresywne. 

Moja ocena: 8/10