Trisha Paytas jest mi znana od dawna. Ale to nie od muzycznej strony ta znajomość sie rozpoczęła, lecz od jej vlogowego życia youtubowego. Przez kilka lat Trisha zyskiwała nowych fanów stosując różne triki zaczynając od trollingu, a kończąc na 'hejtowaniu' różnych osób. Ale to był jej sposób na wybicie się. Po latach przeprasza za wszystko co zrobiła, ale to jej wyszło na dobre. Stała się sławna. Mając wystarczającą sumę pieniędzy zaczęła tworzyć muzykę z lepszym lub gorszym rezultatem. Jednak wszystko się zmieniło podczas wydania jej ostatniej EP-ki zatytułowanej Showtime, który mając najgorszą okładkę z całej jej dyskografii jednocześnie zawiera najlepsze kompozycje w karierze artystki. Ale czy tak dobre by sprostać moim oczekiwaniom?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 6 listopada 2016
czwartek, 18 lutego 2016
#31 Rihanna - ANTI (2016)
I got to do my own things, darling... to zdanie idealnie podsumowuje najnowszy album Rihanny na który dane nam było czekać tak długo. W między czasie artystka wydała kolekcje skarpetek, nowe perfumy, 3 single, podzieliła się swoim głosem w filmie animowanym Home do którego również nagrała piosenki. Nikt nie wiedział kiedy ANTI tak naprawdę ujrzy światło dzienne, jego premiera przewidywana była tak naprawdę co piątek. Ostatecznie płyta wyszła nie w piątek, lecz w czwartek 28 stycznia 2016 roku ekskluzywnie na TIDALu gdzie można było ją pobrać ZA DARMO! Taki mały prezent dla fanów. Ale czy długi czas oczekiwania na płytę wpłynął na jej jakość i odbiór?
poniedziałek, 28 września 2015
#30 Lana Del Rey - Honeymoon (2015)
We both know it's not fashionable to love me
But you don't go 'cause truly there's nobody for you but me
Gdy dotarła do mnie informacja o nadchodzącym albumie Lany Del Rey, czy jak ja ją lubię nazywać Lany Banany (AHS :D), nie wiedziałem czego się spodziewać. Po ciężkim, trudnym, mrocznym ale jednocześnie świetnym Ultraviolence nie byłem pewien w jakim kierunku Lana i jej team zdecydują się pójść. Ultraviolence nie był udanym tworem komercyjnym i nie osiągnął wiele na rynku muzycznym. Z początku krążyły plotki jakoby Lana miała nagrać album jazzowy (co po części się sprawdziło), jednakże wiedziałem, że prawdopodobnie to nie jest w stu procentach prawdą. Wyszedł pierwszy singiel promocyjny zatutuowany Honeymoon i nadeszło rozczarowanie. Później pojawiło się High By The Beach i moje wielkie uwielbienie do tej piosenki zrodziło się w mgnieniu oka. Mój sceptycyzm się włączył, bowiem jak dwa tak bardzo różne klimaty przedstawione w singlach mogą znaleźć się na jednej płycie tworząc jedną całość?
Płyta rozpoczyna się nostalgicznym utworem Honeymoon, który z początku nie przypadł mi do gustu. Z czasem mnie oczarował, a słuchając go wraz z całym albumem uważam iż jest idealnym wstępem do naszej przygody z Laną podczas tego albumu. Music To Watch Boys To jest następnym utworem na liście, lecz jednym z tych bardziej przystępnych dla przeciętnego słuchacza. Nie jest to jeszcze utwór tak maintreamowy jakie mogliśmy znaleźć na debiutanckim albumie Lany, lecz ma w sobie coś magicznego, przyciągającego. Terrence Loves You czaruje słuchacza wokalem przed którym nie sposób przejść obojętnie; wprowadza nas w nostalgiczny nastrój utworu. Z następnym utworem pozostajemy w podobnych klimatach, lecz bardziej przystępnych dla słuchaczy. God Knows I Tried nawiązujący muzycznie do klimatów jazzowych idealnie współgra z warunkami wokalnymi Lany. W High By The Beach Lana Del Rey próbuje powrócić do ery Born To Die gdzie Hip Hop mieszał się z nostalgią jej głosu. Wyszło inaczej, ale nie znaczy, że gorzej. Utwór jest hipnotyczny, magiczny i wpadający w ucho. Gdy po raz pierwszy usłyszałem Freak czy Art Deco oniemiałem - taką Lanę, nostalgicznie mroczną, uwielbiam. Wpadające w ucho teksty, hip-hopowo inspirowane bity czy idealne zagrania wokalne tworzą wspaniałą atmosferę w której czuć ich magię. Intro tajemniczo nazwane Burnt Norton (Interlude) powoli wyprowadza nas z hiphopowych brzmień, przyciągając przemową Lany Del Rey. Religion powoli rozwija się od zwrotek do refrenu podczas których Lana idealnie gra swoim głosem tworząc przepiękne muzyczne brzmienia. Salvatore na włosko czaruje nas swoim klimatem. Gdy usłyszałem ten utwór krótko przed premierą albumu w BBC Radio 1 umarłem. Takiego klimatu od Lany Del Rey się nie spodziewałem. W The Blackest Day Lana również bawi się swoim głosem, a sam utwór ma bardzo chwytliwy refren, którego ciężko pozbyć się z głowy. 24 jest kompozycją siostrzaną wraz z Terrence Loves You, z domieszką wpływów włoskiej przebojowości filmowej z Salvatore. Swan Song choć ma pozostający w uchu refren jest jedną z tych mniej wyróżniających się utworów. Patetyczny Don't Let Me Be Misunderstood jest coverem utworu Niny Simone. Słychać, że Lana bardzo wygodnie czuje się w takich klimatach i wychodzi jej to naprawdę smacznie.
Choć naprawdę bałem się tego jak ostatecznie będzie brzmiał album w całości, koniec końców wyszło Lanie Del Rey to naprawdę gustownie, magicznie i przyciągająco. Jest to połączenie jej debiutu Born To Die z Ultraviolence, lecz zrobione z dodatkiem nowego składnika nostalgii w bardzo prostym i przystępnym wydaniu. Nie jest to, aż tak bardzo ciężkie jak Ultraviolence, lecz nie jest również, aż tak bardzo przebojowe jak debiut. Przyznam się, musiałem dać temu albumowi trochę czasu, przesłuchać go kilkanaście razy bym w końcu mógł go szczerze ocenić. Dlatego nie zrażajcie się do niego, dajcie mu trochę czasu - niech Was wciągnie w swoją magiczną aurę i porwie za serca.
Moja ocena:
8/10
piątek, 6 lutego 2015
Książkowo #5 Laini Taylor 'Córka Dymu i Kości'
Tłumaczenie: Julia Wolin
Tytuł Oryginału: Daughter of Smoke and Bone
Wydawnictwo: Amber
Data Wydania: 12 stycznia 2012
Liczba Stron: 400
Na okładce tej tajemniczo nazwanej książki możemy przeczytać, iż Laini Taylor wyczarowała świat, który zajmie miejsce Harry'ego Pottera w wyobraźni czytelników; i coś w tym jest. Autorka 'Córki Dymu i Kości' postawiła na innowacyjne stworzenie świata, który pochłonie całą naszą wyobraźnię. Przez ostatnie lata popkultura nasyciła się książkami o tematyce wampirycznej, które w większości opierały się na tym samym - na szaleńczej i odwzajemnionej miłości człowieka z wampirem. Nie ukrywam, tutaj mamy to samo. Mamy serafina, który zakochuję się w odrodzonej w ciele człowieka chimerze z wzajemnością. Ale nie jest to takie słodkie jak moglibyśmy się tego spodziewać. Ale wróćmy do początku.
sobota, 15 marca 2014
#18 Paloma Faith - A Perfect Contradiction
Moja przygoda z twórczością Palomy Faith rozpoczęła się w nieco niestandardowy sposób. Mianowicie, pewnego razu przeglądając kosz z przecenionymi płytami w jednym z gnieźnieńskich Media Expert przykuła moją uwagę okładka debiutanckiej płyty Palomy. Nie kupiłem jej wtedy z dwóch powodów: była w kartonowym wydaniu, a po drugie nie znałem jej. Ale postanowiłem 'obczaić' jej twórczość na YouTube. Po przesłuchaniu pierwszej z piosenek zaintrygowała mnie, więc sięgnąłem po całą płytę. Pokochałem jej styl, sposób śpiewania i jej wypełniony emocjami głos. Następnie dowiedziałem się, że Faith szykuje się do wydania drugiej płyty. Fall to Grace pokochałem od pierwszego usłyszenia i nie mogłem się z nią rozstać przez długi okres czasu. Uwielbiam do niej powracać. We wakacje 2013 roku pragnąłem już nowego materiału od Palomy. Czas płynał nieubłaganie, jednakże zapowiedzi nigdzie nie było. Aż przyszedł nowy rok i Paloma nagle wypuściła zapowiedź nowego teledysku i po króciutkim okresie czasu mogliśmy obejrzeć teledysk do utworu wyprodukowanego przez Pharella Williamsa 'Can't Rely On You'. Data wydania płyty również została przekazana. I nadszedł ten czas kiedy możemy delektować się dźwiękami płynącymi z najnowszej płyty Palomy, która przeszła pewną metamorfozę w stosunku do poprzedniej płyty. Jaką? To odczytacie z poniższej recenzji.
niedziela, 13 października 2013
#9 Ewelina Lisowska - Aero-Plan
Do dziś pamiętam, jaki byłem
zdenerwowany na jury polskiej edycji Mam Talent, kiedy nie przepuścili Eweliny
Lisowskiej do następnego etapu. Na castingu zaśpiewała E.T, która w oryginale należy do Katy Perry. Byłem zdziwiony, że w
tak małej osóbce drzemie tak potężny głos. Maniera w głosie Eweliny nie jest
tak często spotykana w Polsce. Niestety, jury dokonało żenującej decyzji o nie
przepuszczeniu jej dalej. Z perspektywy czasu widzę, że ta decyzja była
najlepszą decyzją, jaka mogła zostać podjęta przez nich. Ewelina nie poddała
się. Zdecydowała się wziąć udział raz jeszcze w podobnym programie rozrywkowym,
w X-Factorze. To był strzał w dziesiątkę! Ostatecznie uplasowała się w tym
programie na 4 miejscu, co pomogło jej w podpisaniu kontraktu wydawniczego z
wytwórnią Universal Music Poland. Nie możemy zapomnieć również o jej zespole
Nurth, który gatunkowo różni się bardzo od tego, co Lisowska serwuje nam ze
swojej solowej twórczości. Nurth jest zespołem grającym post hardcore. Pierwszą
EPkę Revolution wydali w 2009 roku, po czym w 2011 roku wydali drugą EPkę Stay Away, którą promował singiel The Last Second of Life. W 2012 roku
Ewelina nagrała międzynarodowy singiel Communications
Are Down z metalcore’owym zespołem z Nowego Jorku Forever In Promise. Można
powiedzieć, że był to swego rodzaju powrót do korzeni.
Powróćmy jednak do
solowej twórczości Eweliny, która jest głównym tematem tej recenzji. 7 Sierpnia
2012 roku Ewelina zaprezentowała nam swoją EPkę wprowadzającą nas w jej świat.
Według mnie w świat POPu i lekkiego POP-ROCKu. Wydawać się może, że 7 jest
na pewno szczęśliwą liczbą dla Eweliny, bowiem 7 maja 2013 roku, dokładnie po 9
miesiącach, został wydany jej pierwszy longplay zatytułowany Aero-Plan.
Nad produkcją albumu pracował
Kuba Mańkowski, Filip Pachólczyk oraz Johannes Rurmann. Co należy wspomnieć
recenzując ten album to to, że Ewelina jest główną autorką tekstów do 4 z 11
piosenek znajdujących się na płycie. Można powiedzieć, że to jest mało, ale
żyjąc w świecie gdzie każdy może dostać piosenkę już gotową do nagrania fakt,
że ona postanowiła dołożyć cząstkę siebie do album jest dowodem na to, że
Ewelina nie bez powodu postanowiła zostać piosenkarką. Chce zostawić po sobie
coś, co każdy będzie mógł w przyszłości nazwać dziełem Eweliny Lisowskiej.
Jak można określi ten album? Na
pograniczu czego Ewelina postanowiła go nagrać? Wiele osób zarzucało jej po
wydaniu solowej EPki, że ta postanowiła zmarnować swój potencjał i wkroczyć w
miałki pop, który zawsze i wszędzie puszczą w radiu. Zarzucali jej, że się
sprzedała. Jednak nadszedł czas na album, na którym zaprezentowała się z tej
nieco mocniejszej strony. Wyraźnie słyszymy gitary elektryczne i perkusję. Gram Nadziei zaczynający album wprowadza
nas w ten mocniejszy styl. Ale czy cała płyta jest taka? Odpowiedź jest prosta:
nie. Ewelina wie, że co za dużo to nie zdrowo. Płyta jest zbalansowana.
Przypomina mi poniekąd twórczość Paramore. Takie było moje pierwsze skojarzenie,
gdy przesłuchałem po raz pierwszy tę płytę. Według mnie, płyta jest z
pogranicza dwóch gatunków bardzo często wykorzystywanych razem. POP i ROCK. Od
tak.
Teksty są wypełnione symboliką i tajemniczością.
Nie są prostym zbitkiem słów mówiących ‘Chodź kotku, weź mnie do domku’.
Trywialny przykład, ale taka jest prawda. Płyta Lisowskiej jest wypełniona
tekstami pełnymi metafor. Aby odszukać ich znaczenie potrzeba czasu. Potrzeba
trochę dłużej pomyśleć, bo kto po pierwszym przesłuchaniu Dalej Stąd może zrozumieć przesłanie tej piosenki, kiedy śpiewa: Patrz, odbijam się od ścian znów. W pokoju
tu, cała od łez. Pod moim łóżkiem mieszkają duchy złe. Można powiedzieć, że
te teksty to wiersze z ukrytym znaczeniem, który my, jako ich odbiorcy mamy za
zadanie odczytać.
Przechodząc stricte do piosenek
znajdujących się na płycie polecam wysłuchać Dalej Stąd. Jest to utwór, który przez ¾ piosenki wydaje się być
balladą opartą na prostych instrumentach takich jak pianino, gitara czy
skrzypce. Jednak pod koniec piosenka zmienia ton w nieco mocniejszy. Wchodzą
gitary elektryczne i perkusja. Ciekawe połączenie. Zakazani jest również tego typu utworem, który jest połączeniem
lekkiej i mocniejszej muzyki. Jutra Nie
Będzie, Aero-Plan II, W Stronę Słońca, Ostatni Raz i Nieodporny Rozum to utwory bardzo chwytliwe, choć każdy z nich
jest inny. Jutra Nie Będzie to
połączenie pop osłonięty cienką powłoką rocka. Aero-Plan II to utwór mocno elektroniczny z dupstepowymi wstawkami.
W Stronę Słońca pierwotnie było
również elektroniczne, lecz na płytę została dodana wersja rockowa. Ostatni Raz to utwór w stylu Paramore, bardziej
rockowy niż popowy. Nieodporny Rozum
to jedna z tych miałkich popowych piosenek, który jednak został pierwszy hitem
Eweliny w Polsce. Myślę, że większość z nas potrafi ją zanucić. Pierwsza część Aero-Planu również nadaje się na
singiel, ponieważ jest bardzo melodyjna. Ale nie wiem czy słuchacze chcieliby
słuchać np. od samego rana tak ostre gitary, które słyszymy w tej piosence. Cała Płonę to również piosenka w stylu
Paramore. Ciekawa, interesująca i niemęcząca.
Jeśli miałbym wybrać najmniej
interesującą piosenkę na płycie to decyzja byłaby trudna. Płyta jest utrzymana
na bardzo wysokim poziomie. Manierę Eweliny można kochać albo nienawidzić. Jeśli
na dłuższą metę nie potrafisz wytrzymać z głosem Eweliny to ta płyta nie jest
dla Ciebie. Na dodatek, jeśli czujesz wstręt do gitar elektrycznych i perkusji
w mocniejszym wydaniu to również nie dla Ciebie. Jeśli jednak uwielbiasz
mocniejszy pop rock i lubisz wokal Eweliny, zdecydowanie powinieneś sięgnąć po
tę płytę. Jest warta swojej ceny. Sam kupiłem ją 2 dni po premierze. Mogę
nazwać bez zawahania, że Ewelina to diament na Polskiej scenie muzyki
rozrywkowej. Brakowało tego powiewu świeżości na niej. Lisowska zaprezentowała
się nam z jej najlepszej strony i już nie mogę się doczekać, by zobaczyć jaki
będzie jej następny krok.
Moja Ocena: 10/10
piątek, 27 września 2013
#8 Jessie J - Alive
Nieszablonowa, zjawiskowa, wyróżniająca się z tłumu i z
jednym z najbardziej charakterystycznych głosów artystka wydała swój drugi
album kilka dni temu. Jessie J zgromadziła jak dotąd przeróżne opinie dotyczące
tego albumu. Jedni twierdzą, że jest bardziej spójny, ciekawszy od poprzednika,
a drudzy natomiast oskarżają ją o zakochanie się w prostych gatunkach takich
jak pop, dance czy muzyka elektroniczna. Jej debiutancki album Who You Are
rozchodził się w milionach egzemplarzy na całym świecie. Każdy zna single takie
jak Do It Like A Dude, Who’s Laughing Now czy Price Tag. Wkrótce dzięki
współpracy m.in. z Davidem Guettą została wydana reedycja albumu wzbogacona o
trzy piosenki (w tym singlowe Laserlight czy Domino). A jak prezentuje się jej
najnowszy album Alive?
Płyta rozpoczyna się bardzo tanecznym utworem, trochę
podobnym w stylu do Domino. It’s My Party jest piosenką, w której na pierwszym
planie słychać gitary, które nadają tempo tej piosence. Nie jest to najlepszy
utwór z płyty, jednakże jest czysto radiowy i szybko wpada do głowy. Thunder
jest jedną z najsłabszych kompozycji na płycie. Niby taki ‘głośny’ tytuł,
jednakże brakuje mi takiego kopniaka energetycznego w refrenie. Bridge w tej
piosence ratuje ją. Jest mega chwytliwy i w stylu jej poprzedniej płyty.
Następnym utworem na płycie jest Square One, który był śpiewany na żywo wiele
razy zanim płyta została wydana. Czyżby to w przyszłości miał być singiel? Jest
to bardziej elektroniczny utwór, balladowy, chwytliwy i charakteryzujący się
idealnym masteringiem. Wokal Jessie jak zwykle zachwyca. Kolejną piosenka jest
Sexy Lady przypominająca w stylu P!nk. Znów bardziej taneczny, idealny na
parkiet utwór, ale nie jest przepełniony elektroniką. Nie słychać w nim
dubstepu czy tanecznych bitów. Jest to czysto popowy utwór z bardzo wyraźną,
jak w przypadku It’s My Party, partią gitarową. Harder We Fall to kolejny mocny
punkt płyty, która jak dotąd broni się zwycięsko. Pop w czystej i jakże
świetnej postaci, bardzo chwytliwy i porywający do śpiewania razem z Jessie J.
Żywe instrumenty dodają autentyczności temu utworowi. Mam nadzieję, że w
przyszłości ten utwór zostanie wydany jako singiel, bo naprawdę ma potencjał.
Czekam na wersję akustyczną, bo jestem pewien, że Jessie J pokaże znów swój
znakomity talent wokalny. Następnym utworem na płycie jest Breathe – mocno
elektroniczny otoczony agresywnym, wołającym o pomoc głosem. Aż czuć te emocje,
które są schowane w tym utworze. Polecam! Polecam również wszystkim następny utwór
z tracklisty, czyli I Miss Her. Przepiękna ballada powstały przez połaczenie
pianina, skrzypiec i Jessie J. Za każdym razem jak słucham tę piosenkę przez
moje ciało przechodzą ciarki. Jej wokal jest na najwyższym z najwyższych
poziomów. Znakomity utwór. Powrót do lat 90 odczujemy przy nastepnym utworze,
Daydreamin’. Fajnie jest się cofnąć w czasie. Utwór lekki, taki idealny na
uzupełnienie niedzielnego relaksu, przed zbliżającym się tygodniem ciężkiej
pracy. Excuse My Rude nagrany przy współpracy ze debiutującą raperką Becky G
(którą bardzo lubię i śledzę jej karierę od samego początku, zanim jeszcze
wydawała swoje pierwsze single) jest następną wisienką na torcie. Mocny bit,
agresywny tekst w stylu Do It Like A Dude, i dwie prześwietne osoby w muzycznym
showbusinessie. Idealny kawałek, który możemy użyć wtedy kiedy chcemy komuś
powiedzieć, że ich po prostu nie lubimy.
Czas na pierwszy singiel promujący to wydawnictwo. Wild, zostało nagrane
przy współpracy z (aż!) dwoma raperami.
Trochę mało mi w niej Jessie, dlatego preferuję wersję, w której jest jeden raper
oraz w której ona sam śpiewa. Ale utwór sam w sobie jest bardzo dobry, mocny,
ciekawy i co najważniejsze – chwytliwy. Jessie chce przez ten utwór pokazać nam,
że jest bardzo szczęśliwa z tego jak jej życie się potoczyło, że może żyć swoim
marzeniem. Bycie piosenkarką to dla niej spełnienie jej najskrytszych marzeń.
Gold jest utworem który z ballady przechodzi w muzykę taneczną, ale podoba mi
się to połączenie. Bardzo przypomina mi piosenki z reedycji do Who You Are.
Przebojowe i tytuł bardzo intrygujący. Złoto każdego interesuje i chcemy się
dowiedzieć o czym śpiewa. Conquer The World jest duetem z amerykańską
wokalistką r’n’b Brandy, jednocześnie tak bardzo zapomnianą w przemyśle
muzycznym, a z takim wielkim talentem. Jest to bardzo udany duet, nie wiem
dlaczego inni sądzą inaczej. Piosenka jest przepiękna, wpadająca w ucho i co
najważniejsze, nie jest elektronicznie zrobiona czy obrobiona. Brandy pokazała
jak wielkie głosisko w niej siedzi. Może, dzięki temu duetowi ludzie sobie o
niej przypomną. I ostatnia piosenka na płycie, tytułowa – Alive. Elektronika,
gitara – czyli bardzo powszechne połączenie na tej płycie. Ciekawy uwtów, który
polubiłem od pierwszego przesłuchania. Idealny utwór na podsumowanie wersji
standardowej!
Podsumowując, płyta się obroniła i to bardzo mocno. Jest
zdecydowanie lepsza i bardziej spójna od poprzednika gdzie można było znaleźć
utwory oderwane całkowicie od reszty – co nie zmienia faktu, że bardzo lubię
płytę Who You Are. Na tej płycie Jessie J zdecydowała się być bardziej
konsekwentna w swoich działaniach i postawić na coś co pokochała. Nie od dziś
wiadomo, że Jessie to popowa wokalistka z niezwykłym i rzadkim głosem. Co
najbardziej mnie denerwuje w ocenianiu tej płyty to fakt, że nie ocenia się jej
zdolności wokalnych, a to czy się lubi dany gatunek muzyki czy nie. Wokalnie
Jessie J pokazała prawdziwą klasę na tej płycie. Co więcej, ten jej charakterystyczny
głos został jeszcze bardziej uwydatniony na Alive. Co więcej, wkład włożony w
stworzenie tekstów na tę płytę w większości należy do Jessie. To ona napisała
teksty przy współpracy z innymi tekściarzami. To się ceni w dzisiejszych
czasach, kiedy to można dostać utwór już z gotowym tekstem od róznych
producentów czy innych tekściarzy. To dodaje autentyczności tej płycie.
Moja Ocena: 8.5/10
sobota, 14 września 2013
#7 The 1975 - The 1975
Zespół The 1975 jest stosunkowo mało znany w Polsce, więc
natrafiłem na niego bardzo przypadkowo, dzięki aplikacji Spotify na liście
najczęściej słuchanych albumów… w Wielkiej Brytanii. Został wydany we wrześniu
2013 roku i zawiera aż 16 kompozycji wyprodukowanych przy pomocy Mike Crossey’a,
który wcześniej współpracował np. z Arctic Monkeys czy Foals. Chłopacy z
zespołu poznali się w szkole w 2002 roku, zaprzyjaźnili się i tak powoli
ukształtował się zespół The 1975. Zaczynali od występowania na wydarzeniach
organizowanych dla nastolatków, gdzie mogli zaprezentować swoje interpretacje
piosenek. Inspiracji sięgają u Michaela Jacksona, u Rolling Stonsów czy nawet u
Sigur Rós. Po pewnym czasie zaczęli tworzyć własne kompozycje inspirując się
popowymi hookami, które łączyli gitarowymi melodiami. W 2012 roku wydali swoją
pierwszą EPkę zatytułowaną Facedown. Singiel z tego wydawnictwa stał się bardzo
popularny na muzycznych blogach i tak powolutku gromadzili coraz większą rzeszę
fanów. W późniejszym czasie wydawali następne EPki z których pochodzi hit taki
jak Sex. Aż w końcu nadszedł czas na ich debiutancki longplay.
Płyta zaczyna się od swego rodzaju wstępu nazwanego The 1975
w którym wita nas bardzo elektronicznie zmieniony głos, który nie zachęca do
słuchania dalszej części płyty. Wstęp jest na początku ciekawy, lecz później
nudny i aż trochę uszy bolą słuchając go przez słuchawki. The City jest
następnym utworem na płycie, który charakteryzuje się mocną perkusją połączoną
z elektroniczną muzyką.
W bardzo ciekawy sposób został użyty efekt echa w
pierwszej ze zwrotek. Refren jest połączeniem dwóch gatunków – mianowicie popu
i rocka. Piosenka ma bardzo chwytliwy tekst, jest bardzo przyjemna i idealnie
sprawdziłaby się jako singiel promujący to wydawnictwo. Następna piosenka
M.O.N.E.Y jest bardzo chaotyczna. Przypomina mi trochę melodię z gier
8-bitowych kiedy to nie było jeszcze czegoś takiego jak HD czy 3D. Wyróżnia się
tym, że w tle za głosem wokalisty jest pełno pogłosów, które sprawiają, że ta
piosenka jest dla mnie irytująca. Jedna z gorszych pozycji na tym albumie.
Któżby nie lubił od czasu do czasu zjeść Chocolate. Jest to lekka
popowo-rockowa piosenka. Subtelność gitary w tej piosence powala na kolana. Ma
bardzo chwytliwy i przyjemny tekst. Piosenka zdecydowanie na plus. Ze jednej
przyjemności przechodzimy w drugą, mianowicie przed nami utwór Sex.
Został
wydany 10 września jako singiel. Charakteryzuje się mocną gitarą, która z
czasem może stać się irytująca, na krótszą metę jest do zniesienia. Refren jest
o wiele mocniejszy, czuć w nim moc. Ale co najdziwniejsze to to, że piosenka ta
nie zwiera w sobie typowej konstrukcji: zwrotka + refren + zwrotka + refren +
bridge + refren. Jest stworzona zupełnie odmiennie – musicie ją posłuchać, żeby
się o tym przekonać. Talk! – kolejny utwór na płycie – jest piosenką słabą,
wykrzyczaną w której czuć zero oryginalności. Możemy słyszeć w kółko frazę ‘Why
You Talk So Loud’, a tak naprawdę muzyka na to nie wskazuje. Muzyka jest po
prostu nijaka. Po słabym utworze czas na przerwę. Następny wstęp An Encounter, który
wprowadza nas w następną część płyty. Trochę futurystyczny i zdecydowanie
lepszy od pierwszego The 1975. Kolej na następny singiel z płyty – Heart Out –
który został wydany 2 września i który jest jednocześnie jedną z moich
ulubionych piosenek na tej płycie.
Słychać w niej niezależność – to nie jest
miałki pop, którego wszędzie pełno. To jest takie połączenie Katy Perry i Daft
Punk – dziwne skojarzenie, ale według mnie oddaje klimat tej piosenki, która
jest bardzo chwytliwa i typowo wakacyjna. Settle Down to powrót do wspaniałych
lat 80 z połączeniem nowoczesności. Przypomina mi to trochę połączenie
początków kariery Kylie Minogue i Madonny. Bardzo intrygująca melodia i łatwa
do zapamiętania. Utwór zdecydowanie na plus. Natomiast Robbers jest przykładem
połączenia dwóch gatunków muzyki. Klasyczny Rock w połączeniu z popową balladą
lat 80. Uwagę zwraca ciekawie zmieniony wokal w zwrotkach. Jedna z perełek na
tym albumie. Następna piosenka Girls jest trochę płytka, choć przyjemna do słuchania
kiedy chcemy sobie trochę odpocząć. Są to znów szalone lata 80. Gdy zamykam
oczy podczas słuchania tej piosenki widzę wybrzeże w Kalifornii po którym jadę
wśród palm. Idealna piosenka na wakacyjne podboje. Przed nami ostatni ze
wstępów na płycie i najciekawszy. 12 jest bardzo hipnotyzujący i nadawałby się
na przerwę w koncercie kiedy artysta np. popija wodę czy się przebiera.
Wkraczamy powoli w końcówkę albumu. She Way Out niespecjalnie przypadło mi do gustu.
Nie wyróżnia się niczym. Jest nijaka. Jestem w stanie przesłuchać tę piosenkę
do końca tylko i wyłącznie dlatego, że wokalista ma brytyjski akcent. Następna
piosenka Menswear również należy do tych dziwnych. Pierwsza połowa piosenka to
jest sama muzyka, w której wyraźnie przeważa bass. Przychodzi na myśl od razu
pytanie czy komuś zabrakło pomysłu na cały tekst. Ale po dłuższym przemyśleniu
uważam, że jest to bardzo przyjemny utwór. Pressure jest pierwszy singlem
promującym to wydawnictwo.
Jest to zdecydowanie utwór na plus i bardzo dobrze,
że został wydany jako singiel. Trochę zwariowany refren połączony z nieco
spokojniejszą zwrotką tworzą naprawdę bardzo fajną mieszankę. Instrumenty dęte
urozmaicają piosenkę w jej drugiej połowie. Ostatni utwór Is There Somebody Who
Can Watch You jest prostą balladą opartą tylko i wyłącznie na dźwięku pianina.
Do tego głos wokalisty idealnie współgra z pianinem. Myślę, że powinna się
znaleźć więcej takich utworów w ich repertuarze. Jest to idealne zakończenie
płyty. Perełka!
Podchodziłem do tej płyty bardzo sceptycznie włączając ją na
próbę w programie Spotify. Nie lubię słuchać czegoś w ciemno, ale jako, że nie
byłem zmuszony do kupna tej płyty w formie digital to powiedziałem sobie, że
najwyżej mi się nie spodoba i nie będę do niej wracał. Włączenie tej płyty to
był bardzo dobry wybór. Płyta jest bardzo różnorodna, ciekawa i każdy znajdzie tutaj
coś dla siebie. Naprawdę, polecam ją każdemu kto choć trochę lubi posłuchać
muzyki alternatywnej.
Moja ocena: 7.5/10
piątek, 6 września 2013
#6 Natalia Kills - Trouble
Po w miarę udanym debiucie w roku 2011 z albumem
Perfectionist, na którym możemy znaleźć taki hit jak Mirrors, Natalia Kills
postanowiła nagrać bardziej mroczną i osobistą płytę pokazując fanom swoją
historię zanim stała się tym kim jest teraz. Album nagrywany był od kwietnia
2012 roku do lutego roku następnego z udziałem takich producentów jak Jeff
Bhasker (‘Girl on Fire’ Alicii Keys, fun. ‘Some Nights’) czy Emile Haynie (‘Born to Die’ Lana Del Rey, Bruno Mars ‘Locked
out of Heaven’). Nazwiska producentów i przykłady wyprodukowanych
utworów pokazują już na samym początku, że płyta ta nie będzie czymś typowo
popowym, lecz będzie czymś innym ale równie przebojowym. Wielkim plusem płyty ‘Trouble’
jest to, że wszystkie teksty zostały głównie napisane przez Natalię Kills co
dodaje wielką autentyczność temu wydawnictwu.
Płyta rozpoczyna się piosenką Television, która na samym początku zawiera także wprowadzenie do
płyty – do jej świata, który jest retrospekcją tego co przeszła w dzieciństwie.
Po wprowadzeniu słyszymy szybszy i natchniony latami ‘90 bit, który z jednej
strony zachęca do potańczenia wraz z nią, ale z drugiej strony aż chce się
wsłuchać w tekst by zrozumieć dokładnie jego przesłanie. Styl śpiewu w tym
utworze przypomina mi ten, którym posługuje się Gwen Stefani z zespołu No
Doubt. Przerażający krzyk jest idealnym zakończeniem tego utworu, by zaraz
zaczął się singiel Problem promujący
to wydawnictwo, który pokazuje mroczną i ciemną stronę Natalii, która twierdzi,
że jest tylko problemem. Doszukać się można w niej jej początków życia w
Hollywood, kiedy to było jej cieżko bo nie miała pieniędzy i spała w obskurnym
motelu. Co więcej, można tutaj odnaleźć bardzo wyraźny podtekst seksualny do ‘chłopaka
występującego w tej piosence’.
Trzecim utworem z płyty jest Stop Me, który charakteryzuje się mrocznym
i bardzo ciężkim bitem. Momentami śpiew Kills przypomina mi jej mniej znaną
koleżankę po fachu Neon Hitch. Jednakże osobisty tekst, który jest w pewnych
momentach bardzo kontrowersyjny i intrygujący bridge sprawiają, że trudno
zapomnieć o tej piosence. Chce się do niej wracać częściej. W Boy’s Don’t Cry na pierwszy plan wybija
się użycie tzw. Clap’u, który jest bardzo głośny ale na szczęście nie
irytujący. Wręcz przeciwnie, dodaje tej piosence ‘życia’. Gdy słucham tej
piosenki słyszę inspirację muzyką z filmu Dirty Dancing co jest dodatkowym
atutem tej piosenki, bo uwielbiam ten film. Ten utwór to chęć nieprzywiązywania
się z nikim emocjonalnie, aby, gdy przyjdzie do powiedzenia sobie Goodbye, nie poczuć
się zranionym. Carpe Diem – jak to pewien filozof kiedyś powiedział. Daddy’s Girl idealnie spełniłby swoją
rolę jako singiel i mam nadzieję, że taką rolę w promowaniu tego krążka
otrzyma. Piosenka posiada bardzo chwytliwy tekst, który idealnie sprawdziłby
się w komercyjnym świecie. Muzycznie przypomina mi to takie połączenie
lekkiego stylu country, lat 90 oraz nowoczesności czego nie możemy znaleźć w
kulturze dzisiejszej muzyki popularnej.
Następnym singlem promującym
wydawnictwo jest piosenka Saturday Night,
które doczekało się ciekawego teledysku pokazujący przemoc domową. Ojciec
wykorzystujący swoją przewagę fizyczną nad swoją żoną i dziecko [Natalia],
które to wszystko widzi i żyje z nimi pod jednym dachem. Piosenka
charakteryzuje się prostym, aczkolwiek mocnym bitem który podkreśla emocje,
które są przekazywane przez tę piosenkę. O piosence Devil’s Don’t Fly nie będę wiele pisał, ponieważ jest niesamowitym
utworem elektronicznym, który charakteryzuje się intrygującą muzyką wzmocnioną
i ożywioną przepiękną perkusją. Po prostu polecam! Out of Time jest drugim singlem promującym tę płytę, udostępnionym
na iTunes do pobrania za darmo. Piosenka jest w pewnym sensie powrotem do końcówki
lat 80. I znów nietrudno o połączenie tego z filmem Dirty Dancing – idealnie pasowałaby
do soundtracku tego filmu. Co więcej, ‘żywe’ instrumenty takie jak perkusja
dodają niesamowitej magii tej piosence, która jest jedną z nielicznych
wolniejszych na tej płycie. Wokalnie Natalia świetnie poradziła sobie przy tej
piosence i na pewno do niej będę wracał. Controversy
został wydany jako promocyjny singiel jeszcze w roku 2012. Śmiem twierdzić, iż
jest to jedna z najdziwniejszych piosenek na płycie, ale w tym pozytywnym
znaczeniu tego słowa. Przypomina mi trochę styl Lady Gagi z czasów The Fame, a
zwrotki które są w pewnym rodzaju wymienianką różnych rzeczy, przypominają mi
bridge z piosenki Vogue, Madonny. Tekst jest przepełniony wulgarnością,
jednocześnie będąc bardzo prostym, natomiast bit jest bardzo nowoczesny co
stwarza świetną atmosferę tej piosence.
Rabbit
Hole znów przypomina nam Gwen Stefani oraz w refrenie słychać Britney
Spears. To niecodziennie spotkać artystkę, która potrafi się wcielić w tak
wiele głosów. Tak jak i cała płyta, ta piosenka jest bardzo mroczna, ale nie
tylko. Jest dzika, szalona, przepełniona seksualnością. Prostym bitem lecz nadal w ciemnych barwach
piosenkarka przedstawia nam utwór Watching You. Miłość nie jest uczuciem,
którego idzie się tak łatwo wyzbyć z siebie. Czasami zamienia się w zło, kiedy
to nie jesteśmy w stanie pozwolić drugiej osobie odejść i tą osobę
prześladujemy. Piosenka przyjemna – do której chce się wracać. Marlboro Lights to ballada, która jest
najwolniejszą piosenką na płycie. Pianino, głos Natalii (w niektórych momentach
przypominający Miley Cyrus) i prosta ale przyciągająca melodia tworzą coś
wspaniałego. Idealna piosenka na singiel. Kończymy słuchanie płyty piosenką Trouble w której trochę słyszę Coldplay
– choć im dłużej ją słucham, tym mniej tego słyszę. Mocna gitara stwarza
mroczną atmosferę, lecz podkład jest taki jakby radosny, momentami
psychodeliczny. Ból ukryty za uśmiechem – tak możemy to podsumować. Muszę
powiedzieć, że jest to idealna piosenka na zakończenie płyty.
Zdecydowanie jest to jedna z lepszych płyt, które wyszły w
tym roku. Prawdziwość tekstów, zupelnie odbiegająca od komercyjności muzyka i
głos Natalii Kills tworzą coś do czego chce się wracać częściej niż tylko ten
jeden raz po premierze płyty. Według mnie jest to płyta bardziej przemyślana
niż jej poprzednik, ale związane jest z tym też to, że to są wspomnienia
Natalii, które do łatwych nie należą. Ona to czuje i przekazuje w nich swoje
emocje, a tego jeszcze w tym roku aż tak bardzo nie czułem w żadnej z wydanych
płyt. Z całego serca polecam wszystkim ten album bo naprawdę warto!
Moja Ocena: 10/10
środa, 21 sierpnia 2013
#3 P!nk - Funhouse
Był rok 2008 kiedy to P!nk wydała
singiel So What promujący jej, wtedy, najnowszą płytę Funhouse. Przed tą płytą
mogliśmy ją znać z takich hitów jak Get the Party Started, Family Portrait czy
Who Knew. 28-letnia, wtedy, wokalistka z samych Stanów Zjednoczonych nie
przejmuje się niczym, stawia na to co kocha, co czuje i co sprawia jej radość.
Na płycie słyszymy głównie mocniejszy pop który został w ciekawy sposób połączony
z klasycznym rockiem, ale nie tylko – znajdziemy tutaj również ballady
przyprawiające o ciarki na plecach. Jednym słowem, dla każdego coś dobrego.
Pisanie recenzji albumu, który ma już swoich następców nie przychodzi z
łatwością ponieważ jesteśmy teraz przyzwyczajeni do nowego wizerunku P!nk,
innych brzmień – bardziej nowoczesnych, ale taka jest kolej wszystkiego -
muzyka ewoluuje, a wraz z nią wszyscy artyści.
Płyta rozpoczyna się dosyć mocno rockową i wyrazistą
piosenką So What. P!nk pokazuje nam się z tej bardziej dzikiej strony w stylu
gwiazdy rocka nie przejmując się tym czy wpadnie w kłopoty. Chce walczyć. W
utworze dominują gitary elektryczne i perkusja, które wzmacniają kilkakrotnie
agresywność, waleczność i dzikość tego utworu. Bardzo dobry wybór na pierwszy
singiel promujący płytę.
Na początku drugiej piosenki znów słyszymy gitarę
elektryczną, ale z bardziej delikatnym i subtelnym sposobem grania. Sober
wprowadza nas w bardziej smutną atmosferę. Jako ciekawostkę należy dodać, że
P!nk napisała tę piosenkę gdy organizowała przyjęcie u siebie w domu na którym
wszyscy byli pijani – oprócz niej. Wtedy chciała wszystkich
wyrzucić. Poszła na plażę i miała wtedy w głowie tekst How do I feel so good
sober? Tak zrodził się pomysł do napisania tej jednej z mroczniejszych piosenek
na tej płycie. Utwór jest idealny na te smutniejsze dni.
I don’t believe you jest jedną z tych bardziej osobistych ballad,
które wywołują ciarki na plecach. Pokazuje P!nk z tej bardziej delikatnej
strony. Jej głos po prostu hipnotyzuje. Nie będę nic więcej pisał o tym utworze
– jest po prostu idealny. Zapraszam do posłuchania.
Jak na razie nie przyspieszamy za bardzo z muzyką. Przed
nami One Foot Wrong – piosenka wolna, lecz z pazurem. Chrypka, którą czaruje
nas P!nk jest czymś co dodaje ciekawą atmosferę temu utworowi. Nowoczesność
połączona z klasyczną rockową balladą. Przepiękna!
Następna piosenka jest o miłości, ale tej złej miłości,
która ją zmienia. W Please Don’t Leave Me P!nk śpiewa o kimś kto ma bardzo zły
wpływ na nią, ale jednocześnie nie może pozwolić tej osobie odejść. Miłość
zwycięża wszystko, nawet ta zła część związku nie jest w stanie jej złamać.
Piosenka została napisana z pomocą Maxa Martinsa.
Zostajemy nadal w temacie złego wpływu na ludzi. Bad
Influence jest jedną z tych bardziej rockowo-imprezowych piosenek na płycie.
Przy niej nie sposób usiedzieć w jednym miejscu. Aż chce się z nią śpiewać!
Piosenka została stworzona po to by rozbawić ludzi – tekst jest pełen różnych ‘śmiechowych’
tekstów.
Bawimy się dalej i to równie dobrze jak z poprzedniczką.
Funhouse jest najpopularniejszą piosenką z płyty. Każdy pamięta teledysk do tej
piosenki [który możecie zobaczyć niżej]. Piosenka ma ukryte znaczenie miłosne.
Opowiada o związku, który kiedyś był dla niej idealny, był jak Funhouse. Ale
niestety, to wszystko zaczęło się sypać. Postanowiła to spalić za sobą. Jak
większość piosenek z tego albumu, opowiada o jej zerwaniu z Carey’em Hartem.
Przed nami następna ballada. Smutna piosenka Crystal Ball
mówi słuchaczowi, że nawet jeśli ktoś się Tobie oświadczy to nie znaczy, że to
będzie trwało na zawsze. Miłość potrzebuje świadków. Ona tak myślała, ale nie
jest przestraszona tymi zadrapaniami. But I'm not scared at all of the cracks in the crystal ball. W tej piosence albo można się zakochać,
albo od razu ją znienawidzić.
A teraz wchodzimy w zupełnie inny klimat – trochę nie
pasujący do całości płyty. Mean muzycznie przypomina Country, ale śpiew P!nk
jest nadal czysto rockowy [w końcu ona nadal jest gwiazdą rocka! :D]. Mimo
tego, że piosenka jest inna od reszty nie zapada w pamięć jak single. Tematycznie przypomina Please Don’t
Leave Me. Now do we stay together cause we’re scared to be alone? /We got used
to this abuse it kinda feels like home.
It’s all your fault jest jedną z tych piosenek
nie-singlowych które najbardziej lubię. Delikatny refren, by zaskoczyć nas za
chwilę mocniejszym refrenem. Uwielbiam ją też dlatego, że jest waleczna, ale
jednocześnie zraniona i przestraszona – jednak jest pewna tego, że to nie jest
jej wina. Jedynym minusem jest użycie Autotune’a w bridge’u.
Rock i a’la rap? To przynosi nam nastepny utwór Ave Mary A.
Jest to chyba mój faworyt z tej płyty. P!nk zaskakuje
swoim wokalem w refrenie, wyciąga naprawdę trudne dźwięki. Chrypka ustąpiła
miejsca emocjom takim jak złość, gniew i strach. Utwór oceniam 10/10, musicie
go posłuchać.
Glitter in the Air zamyka standardową wersję płyty. Piękna
popowa ballada z użyciem pianina, w której zadanych zostało wiele pytań została
wybrana jako ostatni singiel z tej płyty. Piosenka mówi o sile miłości i
ryzykownych działaniach jakie za sobą pociąga. Wokal P!nk tworzy taką atmosferę,
którą poczuć może każdy. Słychać, że została zraniona.
Na koniec został dołączony bonus w postaci piosenki This Is
How It Goes Down w ducie z Travis’em McCoy’em. Wielkim minusem tej piosenki
jest to, że głos P!nk jest za bardzo przetworzony komputerowo. Rapowanie Travis’a
jednak jest przeciętne. Ani nie podnosi renomy tego utworu, ani go nie
rozkręca. Dobrze, że nie został dodany jako część albumu, tylko jako bonus.
Podsumowując, płyta ma swoje plusy i minusy. Single zostały
wybrane idealnie do klimatu płyty. Właśnie z tego powodu nie rozumiem użycia
piosenki Mean w trackliście. Piosenka jest fajna, ale trochę psuje jej klimat.
Podoba mi się to, że swoje przeżycia przelała na papier a potem ubrała je w
muzykę. To sprawia, że ten album staje się jeszcze bardziej osobisty i możemy
poczuć razem z P!nk co wtedy czuła, bo jej głos sprawia, że wczuwam się bardzo
w jej stan emocjonalny. Cieszę się, że piosenka z Travis’em McCoyem została
użyta tylko i wyłącznie jako bonus, bo należy do tych najsłabszych.
OCENA: 8/10
niedziela, 11 sierpnia 2013
#1 Rita Ora - ORA
‘Boże, ale ona jest podobna do
Rihanny’ – to była pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy kiedy po raz
pierwszy zobaczyłem teledysk do jej debiutanckiego singla How We Do (Party). Rita
Ora, 22 letnia brytyjska wokalistka pochodząca z Kosowa, talent do śpiewu
zdecydowanie posiada – wystarczy obejrzeć jej kilka występów na żywo by się o
tym przekonać. W roku 2009 próbowała swoich sił w lokalnych eliminacjach do
Eurowizji podczas których Wielka Brytania miała wybrać swojego reprezentanta. ‘Na
jej szczęście’ nie wygrała, dzięki czemu nie zamknęła się przed nią droga do
zawarcia kontraktu z samym Jay’em – Z pod koniec tego samego roku. 14 Grudnia
2011 roku Rita Ora wraz z Dj Freshem wydali singiel Hot Right Now, który
osiagnął 1 miejsce w UK. Tak dochodzimy do wydania jej debiutanckiego singla,
który swoją premierę miał 24 lutego 2012 roku. Płyta natomiast została wydana
27 sierpnia.
ORA, bo tak nazywa się jej debiutancka
płyta nagrywana była między 2009 a 2012 rokiem. Podczas sesji nagraniowych Rita
spotkała się m.in. z Sia Furler, Switch’em, Will.I.Am’em czy Stargate’m.
Wokalnie pokazała nam bardzo wysoki poziom jak na debiutancką płytę. Pokazała,
że potrafi w umiejętny sposób przechodzić z niższych dźwięków na wyższe. Przejdźmy
teraz do mojej oceny poszczególnych piosenek z albumu.
Ora
wita się z nami krótką piosenką Facemelt, która jest wprowadzeniem
do albumu i ostrzeżeniem byśmy byli ostrożni: ‘…I know what you came for, but
please please be careful, my little daredevils , we might as well jump…’. Mocny
i mroczny bit wprowadza nas w stan ciekawości – co będzie dalej. Lubię takie
wprowadzenia do albumów.
Roc’
the Life jest nastepną piosenką na płycie, która utrzymana jest w
podobnym mrocznym i mocnym bicie jak jego poprzednik. Chwytliwy refren ‘Roc the
li – li – li – li – li – li – li – li – li – li – life’ przez długi okres czasu
nie chce wyjść mi z głowy. Z jednej strony lekka, lecz na dłuższy okres czasu
nużąca. Została wydana jako singiel promocyjny wraz z teledyskiem w UK 23
czerwca 2012 roku.
Wchodzimy
teraz w świat niekończącej się imprezy ‘I wanna party and bullshit, and party
and bullshit...’. To dzieki tej piosence świat dowiedział się kim tak naprawdę
jest Rita Ora. How We Do (Party) puszczany był w radiach na całym świecie.
Piosenka jest bardzo lekka dla ucha, idealna na domówkę kiedy chcemy się
zrelaksować po ciężkim dniu z przyjaciółmi, jednocześnie nie chcąc dostać bólu
głowy od zbyt mocnej muzyki. Wydanie tej piosenki jako singiel promujący
debiutancki album było strzałem w dziesiątkę. To było coś czego rynek muzyczny w tamtym czasie
potrzebował.
R.I.P
jest to piosenka napisana specjalnie napisana dla Rity przez Drake’a znanego m.in.
z piosenki Take Care w duecie z Rihanną. Nagrana w duecie z Tinie Tempah powraca znów do mocniejszych bitów. Przypomina mi trochę ona
połączenie Rockstar 101 i Fire Bomb z Rated R, co jest wielkim atutem tej piosenki,
bo ta płyta Rihanny leży mi głęboko w sercu.
Z
Radioactive
przenosimy się w elektroniczny świat przyszłości. Użyta elektronika w piosence
idealnie wpasowuje się w dzisiejsze trendy które rządzą radiami; to właśnie
dlatego została ona wybrana jako singiel promujący płytę. Idealna piosenka do
klubu co potwierdza Rita śpiewając: This
club's radioactive, drop the bomb, lemme feel the beat, this club's radioactive,
drop the bomb, lemme feel the beat(Ten klub jest radioaktywny, upuść bombę, pozwól
mi poczuć bit, ten klub jest radioaktywny, upuść bombę, pozwól mi poczuć bit).
Ta piosenka to jeden z moich ulubionych utworów z tej płyty.
Shine
Ya Light ? Piosenka idealnie pasująca do How We Do (Party)- lekka, przyjemna dla ucha, z zapadającym w
pamięci refrenem. Co więcej, ociera się ona trochę o styl Reagge. Widać, że
Rita potrafi się odnaleźć w różnych gatunkach muzycznych, lubi eksperymentować,
a co najważniejsze – wychodzi jej to bardzo dobrze.
Miłość
i wojna – Love and War. Już kiedyś to słyszałem – śpiewała o tym Jordin
Sparks w swojej piosence Battlefield. Rita jest już zmęczona walką, chcę
przestać: I don’t wanna fight anymore
(Nie chcę nigdy więcej wlaczyć). Z jednej strony piosenka jest delikatna z bardziej
wyrazistym podkładem. Śpiew symbolizuje miłość, a muzyka wojnę – takie jest
moje odczucie po przesłuchaniu kilkunastu razy tej piosenki.
Cofamy
się w świat Rock ‘n Rolla dzięki piosence Uneasy, ale tylko na kilkanaście
sekund podczas zwrotek. Nastepnie wchodzimy w świat elektroniki. Muszę
stwierdzić, że jest to ciekawe połączenie. Piosenka należy do tych lekkich
piosenek z chwytliwym refrenem.
Nie
wiem jedynie co napisać na temat następnej piosenki z tracklisty napisanej
przez i nagranej z Will.I.Am. Fall in Love, bo tak ta piosenki się
nazywa, jest pomyłką jeśli chodzi o umieszczenie jej na tej płycie. Kompletnie
nie pasuje do albumu. Podkład jest irytujący, a głos Will.I.Am’a pozostawia jak
zwykle wiele do życzenia. Fa-lalalala –
naprawdę? Może miała to być piosenka świąteczna.
Been
Lying jest praktycznie jedyną piosenką napisaną prawie w całości przez
Ritę. A szkoda, bo Rita ma potencjał w pisaniu tekstów. Piosenka od
razu poprawia nastrój po irytującej poprzednicce. Piękna, delikatna,
miłosna i trochę elektroniczna ballada. Rita nie chce zatracić się w miłości
bardziej niż to potrzebne, bo mogłaby wtedy okłamać siebie i zapomnieć kim tak
naprawdę jest. Oby więcej taki piosenek na następnej płycie.
Hello,
Hi, Goodbye jest piosenką zamykającą album. Rita chce otrząsnąć się po
utraconej miłości, której ona już nie czuje. Delikatna ballada w którą został
bardzo umiejetnie wplątany przepiękny wokal Rity. Idealne zakończenie płyty.
Jako
dodatek znajdujemy na płycie pierwszy jej hit, który usłyszała w radiu – Hot Right
Now. Jak na DJ przystało, Fresh zrobił bardzo elektroniczny utwór,
który idealnie wpasowuje się w parkiety klubów na całym swiecie. Niestety jej
głos na nim w niektórych momentach jest komputerowo ulepszony i to słychać od
razu.
Podsumowując, debiutancka płyta Rity Ory jest udanym eksperymentem z jej strony. Szuka swojej ścieżki, którą chce podążać w muzyce - poniekąd już się określiła - chce rywalizować z gwiazdami pop'u. Płyta mi się bardzo spodobała. Elektroniczno-przyciągająca, a jej wokal pokazuje, ze potrafi poradzić sobie w różnych bitach - od tych lekkich po te dzikie, mocne czy agresywne.
Moja ocena: 8/10
Subskrybuj:
Posty (Atom)








